Nie zachowałem się  jak trzeba…

 (Kilka uwag na marginesie wystąpienia dr. Piotra Cywińskiego, dyrektora Auschwitz-Birkenau State Museum w torontońskiej synagodze Beth Sholom)

Bo to wszystko dzieje się wokoło niczym w prozie Marcela Prousta. Myśl płynie. Żyje swoim życiem. Obok Jola, Gwiazda Zaranna. Dobra organizatorka i niezły umysł analityczny bez uprzedzeń. Dalej Krzysztof, ten od sierpniowej Córki w Stoczni Gdańskiej ‘80. Krzysztof cytuje czasami „Gazetę Wyborczą” i robi tak z rozpędu od wielu lat. W gruncie rzeczy łączy nas wspólnota sinusoidalnej egzystencji, wcześniej w Gdańsku, teraz w Toronto. Sala synagogi Beth Sholom w Toronto całkowicie wypełniona. Zimowy wieczór, 22 lutego 2016 r. Dyrektor dr Piotr Cywiński wygłosi wykład pt. „Creating a Future that Remembers Holocaust”. Świadkowie tych zdarzeń odchodzą. Upomina się o nich czas. Jak będzie pamiętana zagłada? Na ile zaszłe obrazy będą wiarygodne dla tych, którzy przyjdą po nas… Szeptem dzielę się swoim uwagami na gorąco z przyjaciółmi. – Nie należy jednak przeszkadzać innym – strofuje mnie Jola. Krzysztof całkowicie skupiony. Niepokoiło mnie, że jest coś niespójnego w tworzonym obrazie o Auschwitz, Auschwitz-Birkenau i to szczególnie na potrzeby „zagranicy”. Choć te dwie nazwy w przestrzeni publicznej występują wymiennie, to niosą różne przekazy. Dr Cywiński mówił o tym drugim miejscu, które jest cmentarzem Shoah. W tej przestrzeni nie mieści się ani rotmistrz Witold Pilecki ani Maksymilian Kolbe. Nie ma tam miejsca dla ludzkiego heroizmu i poświęcenia życia za życie innego człowieka. Jest tam jedynie miejsce na ból innego mordowanego narodu, na fundament nowego państwa, na słowo Shoah. Taka diagnoza nie jest moją, pozostaję jedynie posłańcem wypowiedzianych wcześniej słów. Ale przecież dr Cywiński jest funkcjonariuszem państwa polskiego i jest opłacony z podatków polskich obywateli.  A tu mamy do czynienia z eksterytorialnością. Bólu jednych ofiar nie należy relatywizować z bólem innych. Nawet jeśli używa się w różnych konfiguracjach przymiotnika „wyjątkowy”, na przykład. Jak zachować dla potomnych doświadczenie miejsca poniżenia człowieka, miejsce zagłady. I czynić to bez zbędnych gestów i nadmiaru środków „scenograficznych”. Zostawić te przestrzenie takimi jakie były kiedy Niemcy uważali się za nadludzi. Dyrektor Cywiński pokazywał plany dawnych obozów – Auschwitz-Birkenau, Majdanek, Stutthof, Mauthausen, Dachau – wspominał o Chełmnie, Bełżcu, Treblince, Ponarach. Tych fabrykach śmierci, gdzie niemiecka organizacja spotykała się z ludzką nikczemnością, tych miejscach określanych Vernichtungslager, ale nie wymienił owego obozu w sercu stolicy Polski, który jakby był wstydliwy dla wszystkich – KL Warschau. Podobnie, jak Auschwitz, był klasyfikowany przez naród Goethego jako Vernichtungslager. Trudno pomyśleć, że historyk tak wybitny, jak dyrektor Piotr Cywiński tego nie zauważył. Ocalony Nate Leipciger pisze o Cywińskim: niesamowicie efektywny administrator, ale przede wszystkim, wspaniały gentleman (…) jego wiedzy o obozie Auschwitz nikt nie może zakwestionować. Więc coś umknęło z tego krajobrazu pamięci. Sędzia Maria Trzcińska pracowała ponad trzydzieści lat dokumentując funkcjonowanie KL Warschau i te dwieście tysięcy Warszawiaków zgładzonych przez Niemców ma dowody swojej śmierci w archiwach i niszczonych rzeczach, niszczonych urządzeniach, niszczonych budowlach.

Cisza. I wszyscy słuchamy słów dyrektora Piotra Cywińskiego. Przekonuje niczym ekspert od marketingu do technicznych aspektów strategii wystawienniczej. Socjotechnika. Psychologia. Mistyka, Scenografia teatralna. Estetyka. Każda z tych dziedzin może być przydatna by dotrzeć do świadomości „dzisiejszego świadka” ponurych czasów. – Zapadła decyzja aby utrzymywać autentyzm Auschwitz i ogromnych połaci w Birkenau (…) ponieważ te dwa, to jest bardzo ważne i interesujące, te dwa miejsca wystarczają aby opowiedzieć całą historię. Z jednej strony, od samego początku, w bardzo symbolicznej perspektywie, zaś z drugiej strony, jak też mówimy od początku o autentyczności (miejsca -przyp. WJD) – wyjaśnia. Wcześniej też, rozpoczynając wykład, powiedział, że „nie chciałby się skupiać na historii ponieważ ta historia dla wielu z nas jest znana”. Oczywiście chodziło tu o zgromadzonych na wykładzie, (Może dlatego przymiotnik „niemiecki” pojawił się w czasie wykładu dwa razy, gdy była mowa o pomnikach w Mauthasen wystawionych przez dwa różne państwa niemieckie: Wschodnie i Zachodnie… Niemcy.) – Myślę – kontynuował – że zainteresujemy się tym, co aktualne w pamięci o obozie Auschwitz-Birkenau, przyszłością tego procesu, zbliżonymi tematami. Myślę o następnych pokoleniach, które są dzisiaj z dala od problemów historii, nie muszą się nimi zajmować – podkreślił znaczenie tych przyszłych odwiedzających muzeum, którzy znają albo kiedyś poznają historię z haggad, popularnych wydawnictw, pop -mediów. Więc pewnie nie dowiedzą się, że praktyczni i gospodarczy obywatele niemieccy najpierw zainwestowali w partię Adolfa Hitlera, a potem pobudowali Auschwitz II, by zapewnić koncernowi IG Farben tanią siłę roboczą (nie bezpłatną, bo IG Farben płacił za każdego niewolnika „państwu SS”). Suma jednego miliarda Reichsmarek (dzisiaj odpowiadałoby to ok. 10 mld euro) zainwestowana w kompleks przemysłowy wokół KL Auschwitz była zabezpieczona przez państwo niemieckie. Mniej głośne procesy w Norymberdze wskazały koncern jako siłę napędową niemieckiego nazizmu. Były wyroki. Kiedy w 1952 IG Farben postawiono w stan likwidacji (formalnie jeszcze w 2012 proces nie był zakończony) na rynku pojawili się ponownie przedsiębiorstwa, które jeszcze niedawno korzystały z parasola koncernu. Agfa, BASF, Bayer, Clariant, Siemens (ten z innej „paczki” – wyj. WJD), inne… skrzętnie zacierały ślady swych powiązań z tą przestrzenią śmierci nad rzeką Sołą. Czy ten aspekt dominacji klasy bez właściwości nad resztą populacji jest możliwy do zobrazowania? Intelektualna zbrodnia „białych kołnierzyków” wymyka się, może nie skomplikowanym opisom, lecz jako komiks może być niezrozumiała.

Na sali cisza. Wszyscy jesteśmy skupieni. I jest tego pełna świadomość słuchających. Jest to jakaś msza za umarłe miasto, gdzieś w dalekiej Polsce, ale też bierzemy jednocześnie udział w misterium. Wizja – przekaz o czynach niegodnych człowieka dla tych przychodzących po nas. Dr Cywiński mówi o przyszłości terenu „byłego niemieckiego nazistowskiego obozu zagłady KL Auschwitz-Birkenau”. Ostatni żyjący byli więźniowie przechodzą na drugą stronę światła. Więc, co pozostanie po tamtych czasach? Jedynie świadectwa materialne. Przemawiają za tych, którzy odeszli wtedy i odchodzą teraz. Włosy kobiet, których nigdy nie poznaliśmy a odpłynęły w niepamięć bez potomstwa. Rzecz. Stosy rzeczy. Walizki. Okulary. Buty – stosy butów. Kiedyś każdy lewy but chronił lewą stopę swego właściciela, prawy but prawą. Leży teraz sterta trzewików, półbutów, sandałów, ciżemek, wysokich i niskich, z cholewą, bez, w niektórych jeszcze uchowała się sznurówka. Slajd pokazuje taki but. Synteza. Symbol. Szczegół, element ma pozostawić piętno w świadomości oglądającego. Ma tam zamieszkać na zawsze. Takie jest przesłanie. Więcej, my o tym wiemy – my, to znaczy potomkowie Ocalonych – ale ten „antropologiczny dramat” ma być widoczny dla ludzi spoza naszego kręgu. Na różnych poziomach. I tym indywidualnym, gdzie dostrzegamy dziś bezimienny kamasz. I na szczeblu globalnym, gdzie przed nami leży stos butów bez właścicieli. Albo ta fotografia. Duży kontrast. Ona. Kobieta, która mogła się podobać. Chłopiec musiał czuć się bezpiecznie między rodzicami. Głowa przy głowie. On, chyba ojciec, w miejscu, gdzie w większości przypadków znajduje się serce, nosi gwiazdę Dawida. Victor Klemperer dokładnie ją opisał w swoich notatkach poświęconych językowi Imperium Trzeciej Rzeszy. – Malach Family from Sosnowiec. No one survived – objaśnia teraz beznamiętnie prowadzący wykład. Oczywiście, u Tadeusza Borowskiego „Proszę państwa do gazu” jest opisana tragedia transportu z Sosnowca. Więc oni są zapamiętani i wiemy, że magia numerologii dotknęła ich skrzydłem przeznaczenia. „W skrócie będzie się mówiło właśnie tak 131–132”. To były tysiące. Numery przydzielone tym, którym dano kredyt na życie. A przecież Borowski zarejestrował postawy skazańców z Sosnowca, którym Pan Bóg dał rozum i wolną wolę. I te obrazy pozostały w nas…

 Oto idzie szybko kobieta, śpieszy się nieznacznie, ale gorączkowo. Małe, kilkuletnie dziecko o zarumienionej, pyzatej twarzy cherubinka biegnie za nią, nie może nadążyć, wyciąga rączki z płaczem: — Mamo, mamo! — Kobieto, weźże to dziecko na ręce! — Panie, panie, to nie moje dziecko, to nie moje! — krzyczy histerycznie kobieta i ucieka, zakrywając rękoma twarz. Chce skryć się, chce zdążyć między tamte, które nie pojadą autem, które pójdą pieszo, które będą żyć. Jest młoda, zdrowa, ładna, chce żyć. Ale dziecko biegnie za nią, skarżąc się na cały głos: — Mamo, mamo, nie uciekaj! — To nie moje, nie moje, nie!… Aż dopadł ją Andrej, marynarz z Sewastopola. Oczy miał mętne od wódki i upału. Dopadł ją, zbił z nóg jednym zamaszystym uderzeniem ramienia, padającą chwycił za włosy i dźwignął z powrotem do góry. Twarz miał wykrzywioną wściekłością: — Ach, ty, jebit twoju mat’, blad jewrejskaja! To ty od swego dziecka uciekasz! Ja tobi dam, ty kurwo! — Chwycił ją wpół, zadławił łapą gardło, które chciało krzyczeć, i wrzucił ją z rozmachem jak ciężki wór zboża na auto. — Masz! Weź i to sobie! Suko! — i cisnął jej dziecko pod nogi. (…) Raptem spośród tej całej fali ludzkiej, która parła ślepo w stronę aut jak rzeka pchana niewidzialną siłą, wynurzyła się dziewczyna, zeskoczyła lekko z wagonu na żwir i spojrzała dokoła badawczym okiem, jak człowiek, który czemuś bardzo się dziwi.

Bujne jasne włosy rozsypały się miękką falą na ramiona, strząsnęła je niecierpliwie. Przesunęła odruchowo rękoma po bluzeczce, poprawiła nieznacznie spódniczkę. Stała tak chwilę. Wreszcie oderwała wzrok od tłumu i przesunęła spojrzeniem po naszych twarzach, jakby kogoś szukając. Nieświadomie szukałem jej wzroku, oczy nasze spotkały się. — Słuchaj, słuchaj, powiedz, dokąd oni nas powiozą? Patrzyłem na nią. Oto stoi przede mną dziewczyna o cudnych, jasnych włosach, o ślicznych piersiach, w batystowej letniej bluzeczce, o mądrym, dojrzałym spojrzeniu. Stoi, patrzy mi prosto w twarz i czeka. Oto komora gazowa: wspólna śmierć, ohydna i obrzydliwa. Oto obóz: z ogoloną głową, watowane sowieckie spodnie na upał, wstrętny, mdły zapach brudnego, rozparzonego ciała kobiecego, zwierzęcy głód, nieludzka praca i ta sama komora, tylko śmierć jeszcze ohydniejsza, jeszcze obrzydliwsza, jeszcze straszniejsza. (…) — Słuchaj, odpowiedz. Milczałem. Zacisnęła usta. — Już wiem — rzekła z odcieniem pańskiej pogardy w głosie, odrzucając w tył głowę; śmiało poszła w stronę samochodów. Ktoś ją chciał zatrzymać, odsunęła go śmiało na bok i wbiegła po schodkach na wypełnione już prawie auto. Zobaczyłem tylko z daleka bujne jasne włosy, rozwiane w pędzie. (Tadeusz Borowski „Proszę państwa do gazu”)

Zapewniam, to spotkanie w synagodze rabina Aarona Flanzraicha nie miało wiele wspólnego z obrazami przedstawionymi przez Tadeusza Borowskiego, Bruno Levi, czy autora “Nocy” (moja rezerwa do Elie Wiesel pojawiła się po książce „From the Kingdom of Memory”, gdzie autor pozwolił sobie na ominięcie Polski, jako Alianta walczącego z niemieckim nazizmem) lecz bardziej technicznej kwestii ujętej przez Sybille Steinbacher w tomie „Auschwitz”. Tak po inżyniersku, technicznie, socjotechnicznie.

A na szkiełko i oko nie każdy może sobie pozwolić. Ów „dramat antropologiczny” ma w sobie moc porażania wszystkich ludzkich receptorów. Tylko sprawny menadżer potrafi dać sobie radę z lawiną stresu emocjonalnego. Muzeum przyjmuje co roku coraz większą liczbę „zwiedzających”. W 2015 roku odwiedziło je 1,7 miliona osób. Z całego świata. Muzeum stało się zatem obiektem światowego dziedzictwa. Słucham wykładu. – Oczywiście, jeszcze my żyjemy i choć w roku 2015 ponad połowa odwiedzających to miejsce pochodziła z trzech krajów – Polski (>25 %), Wielkiej Brytanii i USA – a szacuje się, że ok. 70 procent stanowili młodzi ludzi, to może się zdarzyć, że następni opiekunowie tego świętego dla ludzkości miejsca, pójdą w swojej interpretacji tragedii ludzkiej jeszcze bardziej na „grunt neutralny” – myślę sobie. Zwiastunem jest aktualne logo, na które zwróciła mi uwagę osoba w hallu synagogi sprzedająca książki, wspomnienia ocalonych z Shoah. To są oczy. Takie, których się nie zapomina. Oczy świadka? Ofiary? Zbrodniarza? Twórca logo wie. Ale, co niepokoi – ten brak dopowiedzenia: Kto wykreował owo piekło innym ludziom? Estetyka niedopowiedzenia zostawia świat otwarty do nadużyć. Jak z Radiem Erewań: nie my, ale nam… Ktoś musiał zostawić sto pięćdziesiąt pięć upiornych budynków i trzysta zrujnowanych baraków, albo miejsc po nich. Ktoś musiał to ogrodzić kilometrami płotów pod napięciem elektrycznym. Dwieście hektarów samego Birkenau. Kiedy Viola Kardynał nakręciła dokument „Upside Down”, to rejestrowała świadomość społeczeństwa kanadyjskiego. Nastolatki w większości nie potrafiły poprawnie nazwać owego demona eksperymentowania na żywych i posyłania na śmierć innych niewinnych. Szkoła kanadyjska posłużyła się wytrychem zaproponowanym przez wysoko układające się strony międzynarodowych umów, aby o złych Niemcach zapomnieć. Złem zajmowali się zawodowo naziści. Ci zaś, w zależności od koniunktury politycznej mogli mieć różne adresy zamieszkania i urodzenia. Film początkowo przeznaczony do rozpowszechniania jako odtrutka na pomówienia o „polskiej genezie” faszyzmu, nazizmu, komunizmu w ciągu nocy stał się półkownikiem i praktycznie przebywa tam do chwili obecnej. Więc narzuca się sama myśl, że taki Norman Finkelstein, czy Shraga Elam mają wzrok wyostrzony, że cierpienie, praca niewolnicza, ludzka dusza – można wyliczać dalej – mogą stanowić „towary” w świecie, gdzie wszystko jest na sprzedaż. To oczywiste, sprawny manager, nie może się poddać presji sentymentów. Ból i łzy pozostają bólem i łzami, lecz za znicze należy zapłacić dostawcy. Analiza ekonomiczna każdego przedsięwzięcia w dzisiejszym świecie pozwala żyć idei. Finanse i dalsze szukanie sponsorów programu prezentacji muzeum obozu. były jednym z celów spotkania w torontońskiej synagodze. Te rzeczy pozostałe po ludziach wywianych z dymem pieców krematoryjnych niedługo będą miały sto lat. Potrzeba pieniędzy by one same nie zamieniły się w proch. Doktor Piotr Cywiński dziękuje Kanadyjczykom za hojność. Bo dwie kwestie należy brać pod uwagę. Budżet taki co roku przygotowuje się, aby instytucja mogła zapalać światło w pomieszczeniach muzealnych, dyrekcja mogła dbać o plan edukacyjny, a firmy ochroniarskie nie pozwoliły na niepowołane zdjęcie metaloplastyki z napisem „Arbeit macht frei” z głównej bramy obozowej. I takich pieniędzy w roku 2015 było 62 miliony złotych. Trzydzieści trzy miliony czterysta tys. zł wpłynęło ze sprzedaży biletów wejściowych i działalności gospodarczej zaś dotacja Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego RP w wyniosła szesnaście milionów siedemset tysięcy zł.  Z prostego wyliczenia wynika, że bilety średnio po dwadzieścia zł od osoby zabezpieczyły ok. pięćdziesiąt cztery procent wydatków budżetowych. Nic dziwnego, że każdy profesjonalista z MBA wykaże, że rozwój i śmiałe przedsięwzięcia wymagają tworzenia funduszów na określony cel. Tu dr Piotr Cywiński „wystąpił w innych butach”, jako President The Auschwitz-Birkenau Foundation. Fundacja postawiła sobies zadanie zebrania stu dwudziestu milionów euro; dotąd zakumulowano ponad osiemdziesiąt milionów. Z takimi pieniędzmi można już wiele. A pięć lat temu – przypomina prezes – czasami pytano: – Why should we help the Fundation that is directed by some Poles? Faktem jest, że prezes jest dobrym kupcem. I tak do krajów, które wyłożyły nie mniej niż milion dolarów, należą: Niemcy (60 milionów euro –( dalej w milionach), USA (15 USD), Polska (10 EUR), Francja (5 EUR), Austria (4 EUR), Wielka Brytania (2.1 GBP), Szwajcaria (1,07 EUR), Włochy, Izrael (1 USD), Rosja (1 USD). 

Może i coś tam przeoczyłem, przesłyszałem się, ale wersja nagranego spotkania, dostępna w internecie, nie jest zapisem „surowym”. Zgubił się wątek Czesława Miłosza w wypowiedzi Gospodarza spotkania (powiedział o wielkim pisarzu litewskim…). Ale warto było obejrzeć ten dokument kilkakrotnie. Ani razu nie padła pełna nazwa Auschwitz-Birkenau, jak skatalogowało to miejsce oenzetowskie UNESCO: Auschwitz Birkenau – German Nazi Concentration and Extermination Camp (1940– 1945) (http://whc.unesco.org/en/list/31). Fakt, nazwa długa, a ekonomika języka mówionego ma swoje prawa. Tak samo, jak nie powiedzenie, że ten obóz zbudowali Niemcy na terenach inkorporowanych do swego państwa. Nikt nie wątpi, że większość siedzących gości zna to abc historii XX wieku. Więc skąd te ciągłe pomyłki o „polskich obozach” na zewnątrz budynku, w którym teraz przebywamy? Trudno to wytłumaczyć. Amerykański prezydent, choć to gość dobrze wykształcony, albo taki główny policjant z tego samego miejsca na ziemi, również po dobrej uczelni – myślą tak, czy tylko mówią tak? W Toronto, na lokalnym Ryerson University dwie postacie naukowego establishmentu pozwoliły sobie na wprowadzenie do publicznego obiegu informacji o „polskim SS”. Ratna Omidvar – Executive Director and Adjunct Professor, Global Diversity Exchange (GDX), Ted Rogers School of Management i Dana Wagner – Senior Research Associate. W książce finansowanej z pieniędzy publicznych, która miała być/jest sagą emigranckich losów – „Flight and Freedom” – pojawił się „Polish SS”. – Zgroza. Kanadyjskie wydawnictwo wymyśliło „polskie SS”… Proszę podać dalej mój list lub pisać do info@btlbooks.com  – napisał na Twitterze ambasador RP w Kanadzie. Tutaj jednak, w Beth Sholom pan ambasador w swoim wystąpieniu nie przypomniał, kto zbudował, kto nadzorował, kto eksploatował niewolników, kto zabijał w Auschwitz-Birkenau. Możliwe, że w nowej narracji owe SS zgubiłoby swoje korzenie. Sporadycznie mówiono też o nazistach. Gwoli przypomnienia: Ochotnicy z całej Europy budowali potęgę militarną Niemiec organizując i służąc w formacjach Waffen-SS… z wyjątkiem Polski: Holendrzy – 50,000, Belgowie – 40,000, Węgrzy – 40,000, Chorwaci – 40,000, Ukraińcy – 30,000, Kozacy – 30,000, Łotysze – 30,000, Francuzi – 20,000, Albańczycy – 19,000, Rosjanie – 18,000, Estończycy – 15,000, Białorusini – 10,000, Włosi – 10,000, Tatarzy – 10,000, Norwegowie – 8,000, Duńczycy – 6,000, Słowacy – 6,000, Czesi – 5,000, Rumuni – 5,000, Finowie – 4,000, Serbowie – 4,000, Bułgarzy – 3,000, Ormianie – 3,000, Gruzini – 3,000, Uzbecy – 2,000, Grecy– 1,000, Szwajcarzy – 1,000, Szwedzi – 300, Anglicy – 100. [The Waffen SS: Hitler’s Elite Guard at War, 1939–1945 / Ithaca, New York: Cornell University Press, 1966; Kurt Georg Klietmann, Die WaffenSS: Eine Dokumentation (Osnabrück: Der Freiwillige, 1965), 499–515.].

Dlaczego przypominam te dane? Ano dlatego, że nam nie jest wszystko jedno, bo tylko prawda jest ciekawa. Piszę „nam”, a za tym słowem kryje się korowód rodaków, którzy muszą znosić „zły wzrok” kanadyjskich współobywateli. Po polskiej klęsce w 1939 r całun narzucony Europie Środkowej przez Niemcy i poprzednika Rosji – Związek Sowiecki, przylgnął do obrazu Europy Środkowej. Takie przeświadczenie o niesprawiedliwości dziejowej i nieprawdziwej ocenie spraw zaszłych było motorem zbiórki pieniędzy na utworzenie przy liczącej się placówce akademickiej etatu dla naukowca. Swym autorytetem „uczonego” miał wyjaśniać, co niejasne i odkrywać, co było zakryte. Składający się byli święcie przekonani – a wielu z nich doświadczyło Teheranu i Jałty, i całej historii PRL-u – że fakty prasowe nie wytrzymają próby z naukową metodologią i rzetelnym podejściem do tematu. Niesamowite, w czerwcu 2016 r. minęło dwadzieścia lat od odsłonięcia tablicy upamiętniającej powstanie przy Uniwersytecie Torontońskim „The Konstanty Śmigielski-Reynert Chair Of Polish History”. Tablicę zostawiono w Mississaudze (dzisiaj Centrum Kultury Polskiej im. Jana Pawła II – wyj. WJD), a Uniwersytet chlubi się „Konstanty Reynert Chair of Polish History” czyli kontem bankowym, z którego jest finansowany ów etat. Człowiek, który będzie dożywotnim profesorem historii Polski na jedynej stałej katedrze uniwersyteckiej na kontynencie amerykańskim – profesor Piotr Wróbel – siedzi właśnie w rzędzie przed nami. Pytałem kiedyś tam, ludzi z Kongresu Polonii Kanadyjskiej, co też stało się z polskim członem nazwiska w tytule owej uczelnianej katedry. Nikt nie potrafił odpowiedzieć. Zresztą dzisiaj na sali działaczy nie ma. Domysły się nie liczą. Intrygujące, że kariera tego profesora historii w Toronto przypomina ścieżkę profesora z Princeton. Najpierw były tematy nieważne. Potem kontrowersyjne. Pan Wróbel wsparł swoim profesorskim autorytetem w “Gazecie Wyborczej” stanowisko Jana Grossa w sprawie Jedwabnego. Pryncypialnie nie zauważył pism profesora Marka Chodakiewicza, zupełnie zignorował materiały i dokumentację w tej kwestii profesora Jerzego Roberta Nowaka. Tak, tak, to są akademickie debaty. Przeglądając biogram pana profesora Wróbla w angielskiej wersji Wikipedii nie znalazłem wzmianki o „Krześle Reynerta”, tym bardziej o Śmigielskim. To oczywiste, dzisiaj nie ma już rozmów, jak to z Loisem Lenkinskim kiedy ten bundowski działacz z Łodzi, mimo wszystko, poczuwał się do związków z miejscem, w którym zabrano mu wszystko. Ale też dano mu wszystko. Był w moim wczesnoemigranckim domu. Jeszcze nie było w nim wielu mebli. Dużo rozmawialiśmy o historii. I o socjologii. Krótko przed śmiercią, napotkany w lekarskich korytarzach, powiedział mi Henryk Dasko, że nie potrafimy (Polacy – wyj. WJD) obronić swojego bólu. Coś w tym było. Mówił to sam mentor profesora Wróbla. Może złych mamy ambasadorów, albo ludzie mający reprezentować naród Kowalskich, z jakichś tam powodów nie reprezentują tegoż… albo do szpiku są przeniknięci postmodernistycznym relatywizmem?

Zrozumiałem słowa rabina Aarona Flanzraicha. Pochylony nad pulpitem przypomina słowa Viktora Frankla, niegdyś samego więźnia kacetu, później wybitnego psychiatry: Zamiast patrzeć na śmierć sześciu milionów ludzi, przypominajmy sobie ciągle bez przerwy jedną osobę mordowaną sześć milionów razy. Owa tragedia w wymiarze jednego człowieka. Bo może jednostka dogada się z Panem Bogiem? Mimo sentencji „Porzućcie wszelką nadzieję” daje jeszcze osobie przekraczającej bramy dantejskiego piekła szansę. Milion razy. Cytując tego austriackiego twórcę logoterapii, który do końca życia analizował doświadczenia z obozu zagłady, rabin synagogi Beth Sholom stawia się bliżej chrześcijańskiej postawy versus totalne zatracenie jednostki dostrzegane w wypowiedziach dyrektora Cywińskiego. Tenże relacjonuje ohydę zbrodni (niemieckich – wyj. WJD) i pozostawia ofiary bez cienia nadziei. Tu wszyscy musieli być źli – zdaje się przekonywać dyrektor. Sprawiedliwi, ci sprawiedliwi odeszli na zawsze w chwili, gdy postawili swą stopę na obozowej rampie kolejowej. Stąd ludzki odruch, a może wynikający z ducha religii katolickiej intelektualnie uzasadniony czyn św. Maksymiliana Kolbe, oddającego życie za innego człowieka pojawia się w oficjalnej legendzie portalu Państwowego Muzeum jedynie w jednym zdaniu, ale za to w kilkunastu językach. Takie poświęcenie życia za nieznaną osobę, za jakąkolwiek osobę kłóci się z zasadami Kiddush ha-Shem, czy Kiddush ha-chajim – które nakazują stawiać egzystencję własną przed wszystkim innym. Portal „auschwitz.org” zdawkowo traktuje postawę Franciszkanina Kolbe. Próby zrozumienia tych kwestii można szukać u Feliksa Konecznego, w rozważaniach Hannah Arendt czy pismach Karla Jaspersa. A Ewa Kurek, która kończyła KUL przed Piotrem Cywińskim z obcowania z myślą profesorów Mieczysława Krąpca i Karola Wojtyły wyciągnęła odmienne wnioski, choć metodologia rozumienia świata pochodziła z tego samego źródła. Walka do końca – a więc nadzieja – i ta „zbrojna”, buntownicza rotmistrza Pileckiego i ta w sferze ducha, gdzie ówczesny Maksymilian Kolbe pozostaje dzisiaj symbolem jako święty. Nagle Janusz Korczak idący na śmierć z podopiecznymi bliższy jest świętemu Franciszkaninowi aniżeli Adamowi Czerniakowowi, przywódcy Judenratu w Warszawskim Gettcie. Właśnie Ewa Kurek w swej książce „Poza granicą solidarności” postuluje, aby ów papierek lakmusowy oceny moralnej stosować tylko według jednej standaryzowanej formuły, niczym wzorzec z Sèvres . Wszak należy wystrzegać się ludzi wzbudzających w nas poczucie winy, albowiem pragną oni władzy nad nami.

Ogólne ożywienie po ostatnich słowach ambasadora Marcina Bosackiego, by nie traktować Polski jako jedynie cmentarzyska. Cmentarz pozostaje jednak symbolem trwania społeczności. Tam są miejsca spoczynku poprzedników w trwaniu. Nawet, jeśli ich fizyczne szczątki nie zostały nigdy odnalezione. Krzysztof od Córki milczy. Wyraźnie jest pod wrażeniem przedstawionej przez dyrektora wizji. Jola zadumana, jakby dotknięta skrzydłem anioła pamięci. To jej mistyczne doświadczenie. Na sali następuje przetasowanie słuchających. Przyklejam się do grupy, gdzie stoi pani Felicja. Mówi, że w 1945 roku miała 15 lat. Mówi, że wie, jak wyglądał wtedy Auschwitz w środku. Była uwięziona. Pogodna twarz. Wielki spokój emanuje z jej oczu. Pokazuje parze młodych ludzi z Sabry swoją „kenkartę”. Dziewczyna i chłopak są po szkole i w Toronto przebywają przed służbą w armii. Owszem wiedzą, dużo wiedzą ale teraz do końca nie są pewni tych opowieści. A pani Felicja mówi jeszcze, że policjant granatowy puścił ją wolno. Jej współtowarzyszka zwróciła jej uwagę, że jeśli chodzi o inne wspomnienia, to raczej należy się skonsultować z kimś tam… – Ja bardzo przepraszam, ale ja nie spotkam się z nikim. Cisza. – Może mój język polski zaskoczył? Po krótkiej chwili słuchawka zostaje odłożona. Tamta wymiana zdań z koleżanką. Chwile zanim wpisała mi swój numer telefonu do notatnika. Przed wyjściem z miejsca, gdzie odbywał się wykład. Widać było, że takie nierozłączki. Tuliły się do siebie. Pani Felicja srebrnowłosa, jej przyjaciółka ciągle w złocie. Rozmawiały o nowych książkach Ocalałych. Tak tych wspomnień coraz więcej. – Ale, czy rabin wcześniej je przeglądał? – pada pytanie, ale odpowiedź uniosła się pod sufit synagogi. Widocznie nie mam siły przekonywania Hanny Krall, a przede wszystkim tych argumentów, co posiada wybitna reportażystka. Można doświadczyć wiele. Anka Łabieniec, co wspólnie wydała „Gęsi puch” z Ocalonym Henrym, czyli Henrykiem Neugebauerem trafiła do casusów procesowych kanadyjskiego sądownictwa [Neugebauer v. Labieniec, 2009 FC. 666, June 25, 2009, Simpson J.]. Redaktor Łabieniec może podziękować losowi, że jej spotkanie z kanadyjską Temidą zakończyło się jedynie na stratach finansowych i tych miesiącach życia na krawędzi obłąkania. Na rozprawie – pan Henryk oskarżył Annę o kradzież praw autorskich wspomnień z okupowanej przez Niemców Polski – pani sędzia była nadzwyczaj dociekliwa, a serdeczna i bezpłatna pomoc Krzysztofa Zarzeckiego (tłumacz literatury, od 1976 roku kierownik Redakcji Anglosaskiej w Państwowym Instytucie Wydawniczym w Warszawie – wyj. WJD) w translacji wszystkiego, co należało przełożyć na angielski, uchroniła ją od całkowitej ruiny finansowej. – Tak – myślę sobie – idzie trzeci rok, kiedy Krzysztof wrócił do kraju.

Waldemar J. Dąbrowski (artykuł został opublikowany w lipcowym miesięczniku regionalnym “Debata”)