Muzyka tak wielka, jak pamięć

I think Poland doesn’t need apology.

What Poland needs is good memory to trust no allies. / Artur, Krakow, Poland

(http://news.bbc.co.uk/2/hi/talking_point/3942145.stm – 3 August, 2004)

– Tylko ogrom dźwięków jest w stanie oddać myśl o powstaniu warszawskim w 1944 r. Jest w stanie tę myśl pobudzić i poprowadzić ku refleksji nad egzystencją człowieka – mówi to człowiek dojrzały, Francuz, wychowany na Wyspach Brytyjskich, tam edukowany. – Wojna w nas żyje, choć od wielu lat kryje się w cieniu codziennych zmagań z rzeczywistością. To jest głęboko w nas, tam gdzie wspomnienia nastolatka przechowują pamięć o pierwszej miłości. Wy, Polacy nazywacie to wartością. Bo są takie sprawy, których nie można kupić.

– Pełna orkiestra, więc 70-80 instrumentów, chór przeogromny, z którego wychodzi siła przeogromna, cztery partie solistów: baryton, dwa głosy soprano, a może być głos chłopięcy… oraz akordeon, jako samodzielny instrument. Potrzebna jest bardzo silna sekcja smyczkowa, bo to nadaje powagi przekazywanej treści – to wizja władcy dźwięków.

Moja znajomość współczesnej polskiej literatury muzycznej? Polskiej, bo to emocjonalnie moje pole, które powinienem rozumieć. Nie jestem ekspertem, muzyka porusza mnie albo nie. Zorganizowany chaos dźwięków musi magnetyzowć, przyciągać, każe oczekiwać na rozwój utworu. Wówczas chce się słuchać, chce się pamiętać nawet nastrój wywołany. Nasuwają się mi nazwiska znane: Henryk Górecki, Wojciech Kilar, Witold Lutosławski, Krzysztof Penderecki (później dowiedziałem się, że najbardziej z tego grona kompozytor ceni Lutosławskiego i Pendereckiego). Ale ten temat polski jest napisany przez człowieka z dalekiego kraju. W wieku dziesięciu lat zagrał koncert skrzypcowy Piotra Czajkowskiego. Jako nastolatek zdobył konkursowe stypendium do londyńskiego Royal Conservatory of Music, gdzie studiował w klasie skrzypiec. Następnie, jako szesnastolatek – najmłodszy w tym gronie – współtworzył kwartet smyczkowy Georgian Quartet. Przez kilka lat koncertowali w Anglii i Francji. Nagrywali dla BBC, radia francuskiego i szwajcarskiego. Steeve Chwojko.

– Nie wdaję się w rozważania polityczne, dla mnie jest to jest to utwór o tym, jak młodzież Warszawy okupowanej odpowiedziała na owo moralne wyzwanie walką o Wolność, tak, Wolność przez wielkie „W”. Posłanie trafiło do następnych pokoleń: warto stać przy swoich wartościach. Polacy zadają sobie czasami pytanie, czy ten przelew krwi był nieunikniony; nie-Polacy podziwiają przede wszystkim determinację i odwagę powstańców. Stanęli do walki mającej trwać co najwyżej trzy dni, bili się samotnie przez dni sześćdziesiąt trzy! Dzieje się akcja w Warszawie, lecz myślę, że każdy niezależnie od tego, gdzie mieszka, może się utożsamić z doświadczeniami powstańców. Uczymy się w szkole o Termopilach, dlaczego nie mielibyśmy usłyszeć o powstaniu warszawskim?

***

A wszystko zaczęło się od… To Jurek Pilitowski kiedyś tam, gdy pojawiło się pytanie o powstaniu wyciągnął ze swego schowka zniszczoną relikwię, którą woził ze sobą po całym świecie. Jakże trzeba było być młodym nierozsądnym, aby wracając z niewolniczej tułaczki przywieźć do Warszawy Bolesława Bieruta ten białawokremowo-amarantowy kawałek materiału z wyhaftowanym srebrnym orłem i numerem 155. Pilitowski służył w 3. Batalionie Pancernym AK “Golski”. Wyprowadzony z pokonanej Warszawy trafił pod Miśnię do – filii Stalagu IV G Oschatz. Niewolniczo, w skrajnie ciężkich warunkach, po 11 godzin dziennie, pracował w „hucie szkła” przy montażu części samolotów Messerschmitt Bf-109F. „Huta” była jedynie przykrywką dla tajnej produkcji. Wyzwolony, został żołnierzem II Korpusu. Jednak wrócił do kraju. Jak tam było, tak było, ale udało się mu skończyć architekturę na Politechnice Krakowskiej. Ten wolny duch, który w czasie wojny nie pozwalał się załamać, ta hardość dumnego Warszawiaka zgubionego w królewskim mieście Rzeczypospolitej – Krakowie. – To dlatego uciekaliśmy w Tatry, tam nie docierała nachalność komunistycznego porządku – kiedyś mi wyjaśniał tę fascynację górami. I jeszcze Piwnica pod Baranami, którą współtworzył. Zresztą teatr, scena pozostały jego romansem na zawsze. Reszta rodziny – żona, córka, syn – są ludźmi teatru i filmu. W Toronto Jurek był producentem teatralnym a zarazem menadżerem Salonu Muzyki, Poezji i Teatru.

Pilitowski jednak zachorował. Odwiedziłem go w tym betonowym pomieszczeniu torontońskiego szpitala, zawieszonym gdzieś w ahistorycznej przestrzeni, w gruncie rzeczy, jednym z przypadkowych miast polskiego życiorysu. Jerzy mówił o przyjaciołach, okruchach zdarzeń, w których uczestniczył albo sam je nawet tworzył. Troskał się o „ostatnie sprawy historyczne, w które mnie wplątano”. – Przecież jestem Warszawiakiem i wyszedłem z powstańczej Warszawy… Niedługo potem sobie zasnął przy śpiewie Elli Fitzgerald. I mimo wszystko, świat się nadal kręci… Pallida mors aequo pulsat pede pauperum tabernas regumque turris. / Blada śmierć puka jednakowo do chat nędzarzy i bram królewskich (Horacy, Ody, 1.4.13-14.)

W styczniu 2007 napisałem do Szymona Muchy, pytanie: Może spotkał się Pan z nazwiskiem: Jurek Pilitowski: Był jednym z twórców Polskiego Teatru na kontynencie amerykańskim. Wcześniej zakładał „Piwnicę pod Baranam”. Zmarł w grudniu ubiegłego roku w Toronto. Pytanie: jako wydawca periodyku punkt.ca będę przygotowywał kilka słów na tę okoliczność. Czy zgodziłby się Pan na pozwolenie druku Kolędy dla Nieobecnych?

Kilka godzin później dostałem odpowiedź: Szanowny Panie Jarku, żałuję ale pana Pilitowskiego nigdy nie miałem okazji poznać. Proszę śmiało drukować kolędę. Pozdrawiam serdecznie – Szymon Mucha.

Ale wiele lat wcześniej dzięki Jurkowi poznałem Krzysztofa Zarzeckiego. W powojennej Polsce był tłumaczem literatury anglojęzycznej i ostatecznie kiedyś tam został kierownikiem tejże redakcji w Państwowym Instytucie Wydawniczym. Przychodził wraz Ireną Harasimowicz na spektakle do Polskiego Teatru i od tego bywania się zaczęła moja wielka adoracja Krzysztofa i Ireny. Wydawałem periodyk, którego przesłanie trafiało do wielu rodaków nie zajętych jedynie pracą i grillem. Trochę później, tak jak wiele innych inicjatyw naszej diaspory na Kontynencie Amerykańskim mój punkt.ca natrafił na „niewidzialne rafy” i jego publikacja została zawieszona. Fascynacja Krzysztofem Zarzeckim pozostała.

***

O Steeve Chwojko opowiedziała mi Irena Harasimowicz-Zarzecka, z tych prawdziwych Harasimowiczów, bezustanna muza Krzysztofa Zarzeckiego. W Kanadzie mieszkali od lat i znajomość rodziny Chwojko stanowiła jakby zdobycz wielu peregrynacji Irenki. Swym biblijnym szablonem aksjologicznym oceniającym wszelkich zjawiska społeczno-polityczne – „tak, tak – nie, nie” – Irenka zyskiwała wielu przyjaciół ale też wrogów. I właśnie dlatego Steeve Chwojko przeszedł krótki kurs najnowszej historii cywilizacji polskiej…

– Któregoś wieczoru, kiedy siedzieliśmy w ogrodzie zauważyłem mocno już zabliźnioną szramę na podbródku Krzysztofa – wspomina Steeve.

– Nie lubię o tym opowiadać – odparł Zarzecki – to mam po powstaniu warszawskim.

– To walczyłeś w gettcie warszawskim?

– Nie, walczyłem w powstaniu warszawskim.

– Potem prawie sześć godzin Zarzecki opowiadał o swoich przeżyciach, Był szczegółowy w swojej relacji. Kiedy wspominał odpoczynek po walce, w detalach opisywał, kto i gdzie stał, siedział w pokoju. Wydawało mi się, że tam byłem razem z nim. Ojciec Krzysztofa walczył gdzieś na Mokotowie. Miał spotkać się z ojcem, lecz godzina „W” ich rozdzieliła. Krzysztof był naszym gościem – Chwojkowie mieszkają na północ od Toronto w Keswick, w połowie drogi między jeziorem Ontario a Huron – i zauważyliśmy, że w czasie snu nie panował nad swoim ciałem. Słyszeliśmy taki przedziwny „wizzing sound”, jakby jakiś świst z drewnianego instrumentu. Siedział na czacie i jego zadaniem było obserwowanie ruchu przeciwnika na przedpolu. Chciał się upewnić, czy pod budynkiem nie znajduje się czołg… pocisk niemieckiego snajpera trafił go w policzek…

– Uświadomiłem sobie wówczas, że siedzę naprzeciwko człowieka, który o mało nie zginął w powstaniu jako nastolatek. Dla mnie był to szok. Pytałem, czy sami młodzi chłopcy brali udział w tym powstaniu, Ku memu zaskoczeniu usłyszałem, że tak czy inaczej walczyli właściwie wszyscy mieszkańcy miasta, także dziewczęta i kobiety, osoby wszelkiego wieku, ludzie prości i inteligenci, robotnicy i artyści. Szczegółów dowiedziałem się z książki Normana Davisa Rising ’44.

Spostrzegam na półce tych Daviesów, kilka tomów. W ogóle, wyposażenie pokoju, to półki z książkami, mały stoliczek i siedziska. Biblioteka. Słuchamy „Powstania…”

– Krzysztof relacjonując tamte chwile godziny „W” twierdził, że fala nastrojów i gniewu nie dawała się zatrzymać żadną perswazją. Tak musiało być. Pięć lat niemieckiego terroru. Łatwo było zachłysnąć się swobodą. To było przeznaczenie.

Wiemy, że nauki rabina Menachema Ziemby trafiły na podatny grunt – walka była ostatnim czynem nadziei. Jeśli zryw w gettcie warszawskim w 1943 Żydowskiego Związku Wojskowego Pawła Frenkla z jej walecznym korpusem oficerskim wcześniej służącym II Rzeczypospolitej był czynem bohaterskim i aktem odwagi, czym był bunt, rok później, masy młodych Polaków którzy nie zasmakowali niewoli rozbiorów, a czuli niemiecki but? Wiedzieli, że Niemcy szykują narodowi zagładę. Do wybuchu powstania ‘44 Niemcy zgładzili sześćset tysięcy mieszkańców stolicy Polski. Krzysztof wspominał również, że po latach dostrzega beznadziejność, po stanie pierwszej euforii. Zdradzeni przez Aliantów w Teheranie. Bez broni, bez nadziei, że ktoś im pomoże. Osaczeni. Przesuwali się po polu walki niczym cienie po brzegu rzeki Styks. Jedynie obowiązek i więzy przyjaźni trzymały ich ducha wyprostowanego. Nie można było nie walczyć…

Steeve zna tekst Daviesa. Tam jest o dzieciach, dla których Niemcy nie mieli litości, ale też aktualne słowa Heinricha Himmlera z jego przemówienia 21 września 1944 w Jägerhohe: (…) Warszawa – stolica, głowa, inteligencja tego niegdyś szesnasto-, siedemnastomilionowego narodu Polaków, będzie starta. Tego narodu, który od siedmiuset lat blokuje nam Wschód i od pierwszej bitwy pod Tannenbergiem ciągle nam staje na drodze. Wtedy polski problem dla naszych dzieci i dla wszystkich, którzy po nas przyjdą, a nawet już dla nas – nie będzie dłużej żadnym wielkim problemem historycznym.

***

Tak się jakoś składa, że mapę ludzkich relacji, powiązań można odkrywać od nowa po wielokroć. Żoną Steeva jest Ewa, Polka. Historyk sztuki, kurator miejscowej galerii sztuki. Jak oni gdzieś tam się znaleźli, to zupełnie inna historia. Ewa jest takim przewodnikiem po nieznanym. Steeve pamięta inną rozmowę o powstaniu w polskim gronie. Słuchał, bo kurtuazja nakazywała w mieszanym językowo towarzystwie rozmawiać po angielsku. Nigdy by nie przypuszczał, że świat tak mało wie o tym, co wydarzyło się w latach czterdziestych w owej sferze nazywanej Mittel Europa.

A chociażby sprawa KL Warschau założonego przez Heinricha Himmlera w październiku 1942 r. Powstanie warszawskie przyspieszyło likwidację tego Vernichtungslager, obozu zagłady w sercu stolicy Polski, którego istnienie jakby było do dzisiaj wstydliwe dla wszystkich związanych z małą i wielką polityką. Niemcy wiedzieli o planowanym wybuchu powstania i ostatecznie 31 lipca 1944 zlikwidowali Kl Warschau: pozostałych 12300 więźniów przepędzono do innych obozów, część zamordowano na miejscu. Archiwa zniszczono, a budynki wysadzono. Kiedy harcerze z baonu „Zośka” piątego sierpnia zdobyli Gęsiówkę zastali tam jedynie 348 więźniów, głównie Żydów. Sędzia Maria Trzcińska, śledczy Głównej Komisji Badania Zbrodni Hitlerowskich (PRL), potem zaś Instytutu Pamięci Narodowej – od roku 1973 zajmowała się dokumentowaniem działalności tego obozu. Metody dokumentacji poddane były rygorom postępowania sądowego; zebrane dokumenty służyły w procesach zbrodniarzy III Rzeszy w samym RFN. Z podobnymi dowodami skazywano przestępców w procesach norymberskich. Sędzia wielokrotnie wspominała, że w urzędach państwa polskiego napotykała na opór, kiedy chciała ujawnić więcej wiadomości o obozie. Czynili to jej bezpośredni przełożeni oraz przełożeni przełożonych. Obóz ostatecznie zamknięto po 1956 . Przez te lata popowstaniowe nowa władza trzymała w nim wrogów ludu i innych faszystów. Sędzia Maria Trzcińska pozostała nieugięta aż do swojej śmierci w grudniu 2011 r.– odejście w stylu dr. Dariusza Ratajczaka (doczesne szczątki spopielono). Jej „habilitacja” opiera się na zebranych materiałach (mimo ginących istotnych dokumentów) i dowodzi, że w Warszawie pod okupacją niemiecką dokonano zbrodni ludobójstwa: w samym KL Warschau zgładzono ok. 200 000 Warszawiaków, głównie Polaków.

– Nie wiedziałem, że Warszawa była jedyną stolicą europejską, gdzie na terenie miasta założono obóz śmierci. U Normana Daviesa nie ma tej wiadomości – Steeve studiował książkę Daviesa.

Oczywiście, że nie ma, tam jedynie występuje Goose Farm (Gęsiówka) jako death camp. Dla Daviesa autorytetem był Władysław Bartoszewski, który zwalczał sędzię i twierdził, że nie było w okupowanej Warszawie komór gazowych ani zagłady Polaków. Po prostu, w tym wypadku Norman Davies nie drążył tematu po profesorsku. Wszak ciągle nie jest wyjaśnione stanowisko prof. Jana Żaryna, który opiekował się naukowo pracami w IPN starającymi się zdyskredytować wnioski sędzi Trzcińskiej. Profesor, który dzisiaj jest uwiarygadniany na wielu polach działalności politycznej i naukowej wielokrotnie zmieniał swoje stanowisko pod presją dowodów Marii Trzcińskiej. Okazało się, że promował doktoranta, który nie tylko korzystał z dorobku jej pracy, ale też wyciągał odmienne wnioski z dobieranych do tych wniosków materiałów.

Dlaczego jednak przypominam ten fragment historii z powstaniem w tle? Przez jakiś czas byłem członkiem Stowarzyszenia Kombatantów Polskich w Toronto (rodziny kombatantów mogą przynależeć do Stowarzyszenia – wyj. WJD). Przez jakiś czas też technicznie przygotowywałem i drukowałem „Biuletyn Informacyjny” Koła Byłych Żołnierzy Armii Krajowej akurat wtedy, gdy w Ottawie ambasadorował Piotr Ogrodziński. Dodam zresztą, że podobny styl pracy i podobne sympatie reprezentował następny ambasador RP Zenon Henryk Kosiniak-Kamysz. (Ten sam, który od 10 marca 2008 do 10 listopada 2009 był podsekretarzem stanu w Ministerstwie Obrony Narodowej i wysyłał „tutkę 154” – późniejszą smoleńską – do remontu.) W styczniu 2010 r. objął stanowisko ambasadora RP w Kanadzie. Urzędowanie zakończył trzy lata później, kiedy to zastąpił go ambasador Marcin Bosacki…

„Biuletynem” zajmowałem się na prośbę byłych powstańców warszawskich Nelli Turzańskiej-Szymborskiej (ps. Prawdzic) i Zbigniewa Szymborskiego (ps. Koliber). Oboje przeszli do historii nie tylko jako uczestnicy Rising’44, ale też dzieła ponad dwudziestoletniej służby kulturze polskiej – Fundacja Władysława i Nelli Turzańskich. Dzięki tej Fundacji, na przykład, literatura polska nie straciła Janusza Krasińskiego z jego pięcioksiągiem umiejscowionym w przestrzeni i czasie „epoki słusznie minionej”. Może to czasy nie były sprzyjające, nawet tutaj w Kanadzie. Po kwietniowym numerze „Biuletynu Informacyjnego” w 2009 roku, w którym zamieściłem informację – Świat nie powinien zapomnieć o Vernichtungslager Warschau – wraz z kopią rozkazu Heinricha Himmlera o powołaniu tegoż obozu, nagle przestano się moją pomocą interesować. Nelli TurzańskaSzymborska rozumiała sytuację, choć o KL Warschau na początku niewiele wiedziała. Dałem jej do odsłuchania nagranie „Rozmów Niedokończonych” z profesorem Janem Moor-Jankowskim – byłym więźniem KL Warschau w Forcie Bema na Kole – i potem nie mogła się uspokoić. Wyjaśniła się sprawa ostracyzmu jakiemu mnie poddano: Prezes Koła Byłych Żołnierzy Armii Krajowej – Krzysztof Lubicz-Szydłowski rozmawiał z konsulem Generalnym RP w Toronto – Markiem Ciesielczukiem. Zastanawiałem się wtedy nad fenomenem, który potwierdził mi jakiś czas później kapitan Adam Kreutzer (pancerniak)– prezes Koła 20 SPK. – Ludzie w młodości nadstawiali głowy, nie wiedzieli czym jest strach. Pojawiły się medale, awanse, uścisk ręki VIP-a… i jakby zagubiły się dobre obyczaje. Wyraźnie część kolegów utraciła busolę. – Ale wymienić ideały młodości za kawałek emaliowanej blaszki? – ja też jakoś z tym nie mogę się zgodzić…

***

– Pomysł napisania utworu muzycznego poświęconego powstaniu warszawskiemu zrodził się z zasłyszanych opowieści jego żyjących uczestników, a zwłaszcza rozważań o tym, jak młodzi ludzie widzieli wtedy ten zryw. To temat na symfonię, operę, na wielką kompozycję! Moje Powstanie warszawskie jest wielką emocjonalną refleksją o życiu. Wchodzą w jego skład wiersze, pieśni, piosenki, ale są także partie muzyczne bez słów. Pisząc brałem pod uwagę współczesne wymagania kompozycji i środki wyrazu.

– Utwór składa się z jedenastu części i rozwija chronologicznie, od euforycznego początku do tragicznego końca, nie pozbawionego jednak nadziei. Do libretta włączyłem między innymi wiersz księdza Jana

Twardowskiego Matka Boska Powstańcza oraz przepiękny wiersz poległego w powstaniu Krzysztofa Kamila Baczyńskiego Jeno wyjmij mi z tych oczu…, do którego napisałem muzykę, zupełnie inną niż znamy z wykonania Ewy Demarczyk.

– Zainspirowany śpiewnikiem z powstania napisałem piosenkę stanowiącą motyw przewodni całej kompozycji. Starałem się w niej nawiązać do stylu tych powstańczych piosenek, które raz usłyszane, nucimy pod nosem cały dzień. Myślę, że mi się to udało, bo nasi synowie – Nataniel i Gabriel – podśpiewują tę piosenkę po całych dniach, a czasami, kiedy jedziemy autem, śpiewają ją pełnym głosem. Oczywiście po polsku – rzeczywiście, na YouTube jest zawieszone chłopięce wykonanie Gabie, którą Ewa nagrała pod drzwiami prysznica. – Libretto jest po polsku, obok towarzyszy po angielsku. Kompozycja nie jest wyłącznie opowieścią o tragedii. Jej pełne wykonanie będzie trwało bez mała godzinę. Ma ona charakter monumentalny. Temat jest ogromny, o wielkim ładunku emocjonalnym, taka też jest muzyka, która brzmi bez ustanku w moich uszach. Są w niej partie, w których cała orkiestra gra, a chór śpiewa z pełną mocą, ale są też partie kameralne. Różnorodność jak w życiu.

Powstanie trwało dwa miesiące, walczyli w nim głównie ludzie młodzi, którzy kochali, pisali wiersze, śpiewali piosenki. Dziś czas zabiera tych, co przetrwali. Po kolei niczym płatki kwiatów polskich…

***

Kto może pamiętać o nich? Kto może płakać nad zgubionym pokoleniem – co to kamieniem rzuconym na szaniec zostało – jak nie my, ciągle żyjący? Steeve Chwojko jest zafascynowany polskim duchem, polską cywilizacją. Tak jak ludzie z Sabaton – heavy metal kapela ze Szwecji.– Wychowałem się w Anglii, studiowałem i długo mieszkałem we Francji, więc wiem z własnego doświadczenia, że rola Polaków w II wojnie światowej jest prawie zupełnie nieznana. Kończąc szkołę, byłem przekonany, że to Brytyjczycy wygrali wojnę przy minimalnej pomocy amerykańskich sprzymierzeńców. O Polsce wiedziałem tylko tyle, że pierwsza padła ofiarą Hitlera, w reakcji na co Anglicy zaraz wkroczyli do akcji. W naszych podręcznikach nie było ani słowa o powstaniu warszawskim, przecież największym czynie zbrojnym antyhitlerowskiego ruchu oporu w Europie – może to być lirycznym odkryciem kompozytora.

– Większość przywołanych w nim tekstów to fragmenty wspomnień uczestników. Tych, którzy jeszcze żyją, i tych, po których pozostały listy i inne przekazy pisemne. Są to wszystko autentyczne relacje. Musiałem oczywiście tekst zgrać z muzyką, co było dla mnie wielkim wyzwaniem wobec niedoskonałego opanowania języka polskiego. W miarę postępującej pracy nad librettem, dzięki pomocy mojej żony, zyskiwałem coraz pełniejsze zrozumienie odczuć, jakie opowiadana historia budzi w Polakach. Trudno mi opisać muzykę. Jest to bardzo rozbudowana kompozycja, która będzie wyzwaniem dla dyrygenta…

Tych dokumentów kompozytor Chwojko nie może znać. Po wielu latach wydobyte z walizek ostatecznie trafiły do Muzeum Powstania Warszawskiego. Tak przynajmniej powiedziała mi ich właścicielka.

„20.IX 1944 * Popatrzysz i wspomnisz kiedyś – jak brałyśmy chrzty na barykadach wśród (…?) cieni nocy w strasznych, niezapomnianych dniach powstania. – Wspomnisz „Siostry Syjamskie” pędzące bez tchu z kołaczącym sercem tulące się ochronnie do murów domów i gruzów. Wspomnisz nasze potykania o cegły, piaski, czasami trupy, urywane jęki rannych, skowyt bólu osieroconych matek, żon i … Halu do tych wszystkich koszmarnych wspomnień… będzie – wiem na pewno – wpleciony cień pamięci o mnie.

Byłyśmy silne za tę, która się chwiała, czuwałyśmy za tę, która spała, dawałyśmy zawsze z siebie to, na czym zbywało drugiej. Uzupełnialiśmy się, a wspólnota jednego celu, pragnienia, dręczącego oczekiwania lepszego jutra, niosła nas nierozdzielnie razem przez te wszystkie dni straszne, kazała się uśmiechać albo ‘chichotać’ jak to inni nazywali.

Kazała nam trwać, kazała odczuć kiełkujące odruchy zwątpień czy tęsknot. Śmiem dlatego stawiać pewnik, że gdy popatrzysz wstecz w wspomnienia, zamajaczy Ci moja zgryźliwa twarz, mój uśmiech czasami odwaga, i zniknie wówczas złe wrażenie jakie często pozostawiałam Ci i powiesz ‘W powstaniu byłyśmy dwie i … nie było najgorzej’. / Mojej Halszce – mojej – tylko w dobie niebezpieczeństw i zgrozy, dla podkreślenia, że istniałam kiedyś – ‘Stenia’ – Hanka *”.

Hali ‘siostrze syjamskiej’ Steni – dzielnej Łączniczce K2 zrezygnowanej zupełnie gdy zawsze chodziło o służbę, pełnej humoru i werwy, młodości i zapału wśród towarzyszy niedoli powstania lubianej, wielkiej entuzjastce walki, niebezpieczeństw i poświęcenia dla Naszej Wielkiej Sprawy – walki o niepodległość wpisuję te parę słów prawdy oHaliidlaHali/29IX1944/Adamski podch. K2””.

„Łamać swe skrzydła do lotu

I słuchać jak kłamie pieśń

Której już dawno moc cudne wydarto… Przeciw nadziei żyć nadziei znamię Czy warto…?

W dniu 3-cim października 1944r. / prawdopodobnie ‘najpiękniejszym’ oczom (zdaje mi się raczej ….. ale niech tam będzie) Baonu – Mirosław.”.

Po powstaniu „Syjamskie” trafiły do stalagu Oberslagen. Przebywały tam razem do wyzwolenia. Dziwnym trafem losu w pierwszym patrolu Dywizji gen. Stanisława Maczka, który dotarł do bram obozu, był brat Halinki, Zygmunt.

Przyjaźń „Sióstr Syjamskich”, jak nazywali te dwie łączniczki w powstańczej Warszawie, przetrwała wojnę i lata emigracji. Pamiętnik prowadziła Halinka Kwiatkowska, wpisywała się Stenia Kwaśniewska. Mieszkały przez wiele lat razem na tym samym kontynencie. Stenia odeszła na swój „ostatni patrol” w 1996 roku.

Halinka Kwiatkowska pozostałą harcerką „Szarych Szeregów” na zawsze. I potem zdarzyła się historia, która ją zabolała. Dostała zaproszenie na 65-lecie obchodów Powstania w Warszawie. Z samego ratusza. Organizatorzy wzięli pod uwagę jej wiek i dali możliwość wzięcia opiekuna z miejsca zamieszkania. Halinka zaproponowała moją osobę i wkrótce pocztą nadeszło z Warszawy zaproszenie-potwierdzenie. Pozostało kilka dni na rezerwację lotu do Warszawy. Organizatorzy potwierdzili, że płacą za nasz przelot. Po rezerwacji i po przesłaniu tej informacji do organizatorów nastała cisza. Linie lotnicze pytały o co chodzi, a potem powiadomiły nas, że wpłaty za bilety nie otrzymają. Kwiatkowska myślała, że nastąpiła jakaś pomyłka. Warszawski organizator przepadł. Zamilkli. Żadnego śladu. Halina Kwiatkowska nie poleciała do Warszawy na apel pamięci. Harcerka Szarych Szeregów wcześniej podpisała list protestacyjny przeciw fałszowaniu polskiej historii w Kanadzie – żaliła się, że jej grożono, jeśli by nie wycofała swego podpisu. Uległa…

***

Warszawiacy z powstania ‘44 obok lotników z polskich dywizjonów RAF-u, Andersowców i pancerniaków generała Stanisława Maczka stanowili trzon Koła nr 20 Stowarzyszenia Polskich Kombatantów w Kanadzie. Siedziba Koła nr 20 mieści się w samym centrum Toronto przy 206 Beverley. Ileż to było podrzuconych pomysłów, aby zamienić ten budynek na dolary. W wielu innych miejscach zabieg się udał, chociażby przez wciąganie „starych emigrantów wojennych” w pułapki kredytowe, dalej prowadzące do bankructwa. Ale te pomysły pojawiły się dopiero, gdy fala emigracji postsolidarnościowej wlała się na Kontynent Amerykański. Trudno w tym emigranckim potoku było orzekać, kto był kim. Spotykałem naszych żołnierzy w różnych tam sytuacjach towarzysko-politycznych. Większość z nich w czasie wojny miała coś koło osiemnastu lat i może dlatego w latach dziewięćdziesiątych i później jeszcze byli pełni wigoru i tej młodzieńczej czupurności. Ich przyjaźnie trwające od wojny, wczesnych lat prac przymusowych w Kraju Klonowego Liścia – chcącym emigrować do Kanady, wszyscy bez wyjątku od szarży i zasług, podsuwano do podpisania kontrakt zobowiązujący przybyszów (DIPS) do odpracowania dwóch lat, najczęściej na roli lub w leśnictwie. Przyjmowali to wyzwanie Alianta i potem robili kariery w tym hermetycznym anglosaskim świecie, zakładali rodziny, kształcili dzieci na uniwersytetach, jakby na złość wszystkim, którzy chcieli ich „zdeklasować” – żołnierzy zwycięskich zmienić w parobków.

Niby tyle lat po wojnie, a moje pokolenie urodzone niedługo po upadku III Rzeszy ciągle powraca w swej egzystencji do doświadczenia naszych rodziców. W chwili poczęcia przekazali nam obrazy i myśli, które nosili w sobie. Ten strach, te wizje wielkich batalii i powszechność śmierci na każdą okazję. Niemieckie i sowieckie fabryki śmierci i cynizm zwycięzców. Moja babcia Albina z najmłodszymi, wśród nich dwunastoletnia przyszła moja mamusia, z piwnicy warszawskiej trafia po powstaniu z ludzką rzeką do obozu przejściowego w Pruszkowie. Ale zanim doszło do tego exodusu, wraz z innymi rówieśnikami nalewała benzynę do butelek. – Wszyscy starali się być przydatni – powiedziała mi kiedyś, a w ogóle to ten temat okryty był milczeniem. Tym bardziej milczeli jej bracia, którzy, zdaje się, walczyli na barykadach w różnych ideowo ugrupowaniach. Więc potem z obozu, dalej na północ do Prus Wschodnich. Wielu się nie udało. Pamiętacie film Róża? My pojawiliśmy się jako ludzki odruch za egzystencją, staliśmy się dowodem ludzkiego trwania mimo wszystko. Tematem nie jest dydaktyka winy-wstydu narzucona przez zwycięzców ze wschodu i nadal egzekwowana przez ich następców zamocowanych w polskiej rzeczywistości, lecz wzbierający bunt, ten wewnątrz nas i na ulicach. Może nasi następcy znowu dojrzewają do samodzielności. A przecież tak są zatomizowani. Myśli takie pojawiają się, gdy mimowolnie porównuję ścieżkę różnych kultur, cywilizacji do tej, w której udało się urodzić i ukształtować takim do mnie podobnym.

Steeve Chwojko nie przeciskał się przez te meandry najnowszej historii. Mówi, że Francja Vichy nie była jego Francją. Nie chce mieć nic wspólnego z polityką. Nie dotarła do niego wieść, że dzisiaj polityka przychodzi sama do ludzi. Wspomina swoją młodość. Więc też można się czegoś dowiedzieć.

– Skrzypce są moim instrumentem a kompozycja moją pasją. O szkole mogę powiedzieć, że to było moje nieszczęście. To było straszne siedzieć na zajęciach, które zupełnie mnie nie interesowały. Mieliśmy taki papier w linie i używaliśmy go do różnych przedmiotów, ale ja siadałem na końcu klasy i cały czas komponowałem muzykę. Jeśli u dziecka pojawia się jakiś talent – dziś tak uważam – to powinno się właśnie rozwijać tę stronę. Wyobraźmy sobie potencjalnego mistrza w swej dziedzinie, któremu mówi się, że zajmie się rozwijaniem tego, co kocha dopiero po skończeniu szkoły w wieku osiemnastu lat. To jakiś nonsens, nieprawdaż?

– Po skrzypcach zacząłem się interesować muzyką elektroniczną. Dziesięć lat później uznano mnie za eksperta – śmieje się. – W Paryżu, jeden z moich przyjaciół z uczelni, gdzie wykładałem, powiedział, że powinienem doktoryzować się, ale przecież nie miałem magistra. Byłem zbyt zajęty tym, co aktualne naokoło. Jednak w systemie francuskim jest furtka dla utalentowanych, którzy mogą podjąć pracę nad tezami doktorskimi. Otrzymałem list polecający z uczelni gdzie nauczałem kompozycji. Teraz musiałem stanąć przed komisją, napisać egzamin. Zostałem doktorantem na Sorbonie, a w 1995 r. miałem tam, w „wielkiej sali”, mój wielki dzień.

– Dzień przed wylotem na obronę doktoratu, a pracowałem wówczas na McMaster University w ontaryjskim Hamilton, kierujący departamentem muzyki podzielił się ze mną pewnym odkryciem. Zauważył on pewne reguły harmoniczne we fragmencie 2 Symfonii Mahlera. Podał mi nawet zapis numeryczny. I zdarzyło się czasie obrony, że jeden czcigodnych egzaminatorów – tu kierujący departamentem muzyki na Sorbonie – powiedział: – Dobrze, ale obawiam się, że tego rodzaju sekwencji harmonicznej nigdy nie spotkamy w muzyce instrumentalnej. Chwila ciszy. – Nagle uzmysłowiłem sobie, że rozmowa sprzed kilku dni z kanadyjskim kolegą potwierdzała moje tezy zawarte w dysertacji i to był przykład z muzyki klasycznej. Jedyne, co w tej chwili przychodzi mi do głowy – mówię pełnym głosem – to 2 Symfonia Gustava Mahlera, część pierwsza, gdzie występuje ta sekwencja harmoniczna Na sali owacja. Ośmiu członków fakultetu muzyki, ludzie w audytorium, ludzie na galeriach i ja na środku sceny, na krześle – trwało to 4-5 godzin z półgodzinną przerwą. Zaraz po obronie uniwersytet z Halifax podpisał ze mną kontrakt, po roku miałem objąć katedrę jako profesor dożywotni, ale przyszedł kryzys i odwołano wszystkie kontrakty.

***

A ta Hala, ze Stenią chciały młodym przekazać swoje doświadczenie. – Harcerkami byłyśmy i tak już zostało – mawiała Halinka. Pomocne były jako „Przyjaciele Harcerstwa”. Tacy ludzie załatwiali różne sprawy i pieniądze również. Bo tu na Zachodzie państwo niekoniecznie wspiera etniczne sentymenty nawet jeśli wychodzą one z tych samych korzeni, na przykład, jak cały zachodni scauting. – Uczcić tych, co w boju o Polskę polegli. Ślad po nas niech zostanie – mówiły. Potem już sama łączniczka Hala wskazała rzeźbiarkę dr Jadwigę Byszewską, doktora nauk, krytyka i historyka sztuki jako artystkę, która potrafi zamienić ideę w materialny przedmiot. Związek Harcerstwa Polskiego na Zachodzie czuł się wszak spadkobiercą tradycji Szarych Szeregów. Pomnik tym, których okupanci zgładzili, tym którzy zginęli w powstaniu. W sercu kanadyjskich Kaszub (miejsce osadnictwa pierwszych polskich emigrantów w Ontario wyj. WJD), gdzie stoją harcerskie stanice, wybudowano pomnik Szarych Szeregów – „fragment” narożnika zburzonego domu, tak jak w powstańczej Warszawie. I Jadwiga przygotowała płaskorzeźbę chłopca powstańca i dziewczynki. Oglądałem model rzeźby u Byszewskiej w domu. Poetyka, że wiedzieliśmy jak wyglądały „warszawskie dzieci” i dlaczego „poszły w bój”. A potem było masę zawirowań – odsłonięto dzieło Byszewskiej wmurowane w „powstańczą redutę”. Pachniało żywicą, drzewa szumiały wokoło i dalej łany zbóż, jak w ojczyźnie, bo to przecież Kaszuby. Nagle rzeźba zniknęła i wstawiono „coś innego”. Symbolicznego honorarium nie zapłacono. W pewnym momencie dr Byszewska powiedziała, że rodaków nie będzie ciągać po sądach. Bo wszyscy odnosiliśmy wrażenie, że była popychana do takiego działania – modus operandi przypominał operacje z wyprzedażą zadłużonych siedzib generacji wojennej.

Nie należy jednak wyciągać pochopnych wniosków, że Jadwiga uciekła od polskiej historii, od spraw polskich. No właśnie, po latach od tamtych doświadczeń zbliżało się siedemdziesięciolecie Rising’44. Dzieło Steeva Chwojko – mówi o nim, że to raczej opera symfoniczna aniżeli oratorium – „Powstanie na sopran dziecięcy, sopran, baryton, chór i orkiestrę” stanowiło wyzwanie by przypomnieć Aliantom, tu na ich kontynencie, zdradę czwartej największej armii walczącej z koalicją Osi. Pamięć o powstanie w Warszawie ’44 trwa niczym wyrzut sumienia wielu, którzy pozostawili Polaków intencjonalnie na zgubę. Choć tzw. polityka jest grą interesów, nie znaczy to, że koło fortuny zawsze sprzyja zaprzańcom.

I z konsulatu w Toronto nadszedł list. Konsul Grzegorz Jopkiewicz napisał do dr Jadwigi Byszewskiej po angielsku, jak przystało w relacjach międzynarodowych. (…) The Consulate General of Poland … uprzejmie zachęca wszystkich do poparcia kompozytora, organizatorów i wykonawców w ich godnym uznania wysiłku zrealizowania tego wspaniałego projektu. Upamiętnienie tego ogromnie ważnego wydarzenia z historii Polski – Powstania Warszawskiego – będzie zarówno obowiązkiem jak i honorem wszystkich polskich obywateli. Pisali też ciepłe słowa posłowie do parlamentu kanadyjskiego z Toronto, Mississaugi, Scarborough tacy, którzy coś tam wiedzieli o Rising ‘44. Nie wiem, czy pamiętali, że ich poprzednicy w parlamencie kanadyjskim zabrali powstańcom warszawskim prawa kombatanckie jakie przysługują innym żołnierzom alianckim. A tu na początek zabezpieczono kwotę – tak przynajmniej mówią uczestnicy rozmów w budynku konsulatu RP przy Lakeshore. Miało to być wydarzenie w sali koncertowej nie tylko artystyczne. Ruszył parowóz dziejów. Poczęto rozkręcać machinę zbierania funduszy W pewnym momencie telefony zamilkły. Nikt nie odpowiadał. Ludzie z Lakeshore zniknęli i może to była ta mgła ze Smoleńska…

Minęło siedemdziesięciolecie Rising ‘44. Prawykonanie „Powstania” nie odbyło się. Krzysztof Zarzecki razem ze swą żoną Ireną Harasimowicz wrócili do Polski. Okna jego mieszkania wychodzą na Barbakan. Warszawa, niepokonana stolica jest odbudowana i budzi respekt przybyszów. Tutaj Steeve Chwojko czasami wychodzi na brzeg jeziora Simco, co to leży w połowie drogi między Huron i Ontario. Widać wyspę, gdzie Jan Paweł II spędzał swe godziny w czasie kanadyjskiej pielgrzymki

– Kogo bym widział jako wykonawcę mego utworu? – zastanawia się nad postawionym pytaniem. – Pierre Boulez? Ale już nie żyje. Może Antoni Wit, może Petrenko? Dwóch jest o takim nazwisku: Vasily i Kiril. Ale myślę o Vasilim. Z dyrygentami jest tak jak w takim powiedzeniu: jedni po wyjściu z sali koncertowej powiadają, że ten dyrygent był wspaniały, a inni stwierdzą: tylko muzyka była doskonała.

Waldemar J. Dąbrowski