Obowiązki mamy polskie

Z Janem Cytowskim przewodniczącym Rady Polonii Świata rozmawia Waldemar J. Dąbrowski

Jesienią 2016 r. marszałek Senatu Stanisław Karczewski powołał grono 16 członków Polonijnej Rady Konsultacyjnej. Są to reprezentanci organizacji polonijnych, którzy będą doradzać Senatowi w sprawach Polaków zamieszkałych poza granicami kraju. W Radzie znaleźli się m.in. przewodnicząca rady naczelnej Związku Polaków na Białorusi – Andżelika Borys, przewodniczący Rady Polonii Świata – Jan Cytowski z Kanady oraz wiceprezes Kongresu Polonii Amerykańskiej – Maria Szonert-Binienda.

Chcemy, aby nasza współpraca była coraz intensywniejsza, coraz lepsza, głębsza – na różnych płaszczyznach – mówię nie tylko o oświacie, kulturze, nauczaniu języka polskiego ale również nauce i wymianie sukcesów – powiedział marszałek Senatu podczas uroczystości powołania członków Rady. Zachęcał ich, aby byli ambasadorami Polski w świecie, by mówili po polsku, przekazywali autentyczny obraz naszego kraju. Marszałek Karczewski wskazał, że często mówi się o Polsce źle, mówi fałszywie i to trzeba zmienić.

Ab ovo

Jan Cytowski: Do Kanady przyjechałem w 1982 r. po ponad rocznym pobycie „turystycznym” w Stanach. O emigracji zdecydował stan wojenny w Polsce, grudzień 1981 r. Jestem z wykształcenia inżynierem. Zaczynałem studia w roku sześćdziesiątym na wydziale Samochodów i Ciągników. Ciekawy wydział na Politechnice Warszawskiej. Taki rodzinny, powiedziałbym. Wszyscy się znali. Po pierwszym roku odpadało dwadzieścia do trzydziestu osób i właściwie pozostali kończyli studia, choć niekoniecznie w tym samym czasie. Działałem w Radzie Wydziałowej Zrzeszenia Studentów Polskich, później ostatnie lata jako przewodniczący Uczelnianej Komisji Rewizyjnej ZSP. Próbowaliśmy zrobić porządek w ZSP, wprowadzić większą transparentność. Wczasy, sprawy ekonomicznej pomocy studentom, kluby studenckie, itp. W sześćdziesiątym siódmym skończyłem studia z tytułem: inżynier magister.

Waldemar J. Dąbrowski – Pośliznąłeś się?

– Tak, pośliznąłem się, przez tę działalność. Studia nasze trwały pięć i pół roku. Zawaliłem semestr. Po drodze, na szczęście, rozpoczął się inny cykl. Wszystkich wysyłano na praktyki produkcyjne. Po pół roku dołączyłem do następnej grupy i mogłem kontynuować naukę. Jeszcze rok spędziłem właśnie w ZSP. Skończyłem w czerwcu 1967 roku.

Musiałem odpracować cztery lata dla wojska, bo otrzymywałem stypendium fundowane z MON-u. Byłem cywilem, nie wojskowym. Inżynierem. Udało mi się znaleźć pracę pod Warszawą w Instytucie Techniki Pancernej i Samochodowej. Do dziś uważam, że to bardzo przyzwoity ośrodek badawczy. Wtedy testowano tam prototypy nowych „starów” na bazie „stara 66”. Oczywiście wiedziałem co się działo w Instytucie – prowadzono badania pojazdu opancerzonego „skot”. A ja zajmowałem się głównie przygotowaniem pojazdu do pływania uszczelnianem jego podwozia. Najciekawsze, że powstał we współpracy ze Starachowicami udany dość pojazd, zresztą długo potem produkowany, „star 266”. Po czterech latach koniecznie chciałem się przenieść do cywilnego zakładu, w którym zajmowałbym się podobnymi sprawami. Okazało się, że nie mogą mnie przyjąć, bo obowiązywała umowa między instytutami zabraniająca bezpośrednich transferów. Wylądowałem w Zakładach Waryńskiego. Pomógł mi mój były asystent, który kierował tam wydziałem. Zająłem się koparkami. Po roku klauzula zniknęła z mojego życiorysu i wylądowałem w Ośrodku KonstrukcyjnoBadawczym, który też pracował na potrzeby wojska, ale przy „bekapemocie” (Biuro Konstrukcyjne Przemysłu Motoryzacyjnego – red). Połączono te dwie instytucje i powstał Przemysłowy Instytut Motoryzacji. Przez zbieg okoliczności zostałem kierownikiem Zakładu, bo w Instytucie powstało centrum zastosowań techniki obliczeniowej. Tak się złożyło, że skończyłem kurs specjalistyczny i w ten sposób zostałem jedynym bezpartyjnym kierownikiem w Instytucie.

– Po latach, kiedy myślę o tamtych czasach, to przynależność do partii nie musiała nikogo później dyskwalifikować. To taki ketman. Specjalność czasów niewoli – pierwotnie pochodzi z Bliskiego Wschodu. Niektórzy zanurzeni we wrogim otoczeniu nadal korzystają z mimikry zalecanej przez ketman. Nie wymyśliła go cywilizacja polska, a czasami należy się przystosować do oczekiwań oprawców. By przetrwać… ale żeby nie zaciemniać sprawy, również nie należałem do partii.

Rzeczywiście, to nie ma większego znaczenia – po czynach ich poznacie – tylko do czego zmierzałem, więc przyszedł rok 1976 i tylko dlatego o tym wspominam. Pamiętam, jak dzisiaj, zwołano naradę kadry kierowniczej i sektora, że tak powiem, partyjnego. Zaczęto nas przygotowywać do podwyżek cen żywności. Byłem jedną z dwóch osób – drugą był kolega Szamotulski – które zabrały głos. Argumentacja za podwyżkami nie była przekonywująca. I tak się ludziom ciężko żyło. We dwóch dostaliśmy się na listę osób w Instytucie niepożądanych. Po „wypadkach radomskich” zażądano ode mnie, abym zorganizował swoich podwładnych, kilkanaście osób – głównie matematycy, informatycy, elektronicy na wiec na warszawskim Stadionie Dziesięciolecia popierający towarzysza Gierka. Odpowiedziałem, że mogą dysponować moją osobą, w końcu pracuję i mi mogą wydać polecenie, ale jeśli chodzi mój personel , to muszą sami ich przekonać do uczestnictwa. I to był przełom. Nikt nas potem na wiec nie zabrał. Pewnie doszli do wniosku, że niepewny element lepiej zostawić w spokoju. Miesiąc później pojechałem na wakacje, a po powrocie na moim biurku czekało przeniesienie, z wyższą pensją, na inne stanowisko, ale już nie kierownicze.

Dobrze na tym wyszedłeś

– No wiesz, pierwszy polityczny zgrzyt. Chciałem odejść. Nie chcieli mnie wypuścić, bo byłem jednak siłą fachową. Takie różne przepychanki. Popracowałem jeszcze półtora roku, potem odszedłem. Ostatecznie wylądowałem w Zakładzie Doskonalenia Zawodowego, w Warszawie. Tam organizowałem później „Solidarność”. Stan wojenny zastał mnie w Stanach Zjednoczonych na tak zwanym „wyjeździe turystycznym”. Nasz syn został w Polsce. Stąd decyzja o oficjalnej emigracji do Kanady, aby mógł do nas dołączyć. Wrzesień 1982 roku, Toronto. Syn przyjechał do Kanady kilka miesięcy później.

Kanada, Kanada…

Pamiętam, że ktoś mi przypominał, że powinniśmy dziękować Kanadzie, że nas przyjęła w swoje granice. Powiedziałem, przepraszam, ale ja Kanadzie nie mam za co czołem bić. Przyjechałem tutaj normalnie emigrując, składając dokumenty emigracyjne. Kanada kupiła mnie w pewnym sensie za stosunkowo niewielkie pieniądze. Przyjechałem z doświadczeniem inżynierskim.

– To była racjonalna inwestycja państwa kanadyjskiego?

– Dokładnie. Płaciłem wysokie podatki, wnosiłem w tę gospodarkę swoją pracę, dałem swoje dzieci społeczeństwu kanadyjskiemu. Kończąc myśl: jestem wdzięczny, że mnie przyjęli – obopólna umowa była i jest opłacalna dla wszystkich. Dla mnie było to przyzwoite miejsce w świecie, w którym dobrze się pracuje i żyje, a że mam mały wpływ, jak ta Kanada się na arenie międzynarodowej prezentuje, jaki mam wpływ na politykę zewnętrzną i wewnętrzną Kanady, to inne zagadnienie. Taka jest rzeczywistość. Może inaczej myślę niż inni, ale wyraźnie widzę te sprawy z innej perspektywy.

– Z inżynierskiej, nieprawdaż?

– Wiesz, przepracowałem w Magnie (firma wytwórcza produkująca dla sektora samochodowego prowadzona przez austriackiego emigranta Franka Stronacha – red.) dwadzieścia kilka lat, skończyłem jako kierownik działu inżynieryjnego. Wielka korporacja jest znakomitym miejscem do obserwacji ludzi, mechanizmów działania grup, to socjologiczne laboratorium. Magna w Kanadzie to prawie 150 zakładów produkcyjnych. I każdy z nich miał funkcjonować jako „profit centre”. A Stronach miał swoją politykę kadrową i bardzo cenił inżynierów z Europy Wschodniej.

Pierwszy raz zacząłem pracować w Magnie w 1987 r. Wcześniej byłem kierownikiem produkcji w małej firmie, którą doprowadziłem do rozwoju i do której wróciłem z Magny po dwóch miesiącach. Zaproponowano mi konkurencyjną gażę i stanowisko wspólnika – wylądowałem na dłuższy czas jako dyrektor d/s produkcji. Potem jednak ponownie pojawiłem się w Magnie w 1989 r. I tam spędziłem swoje życie zawodowe do 2010 r.

W cieniu tzw. ignorancji

– Po wielu latach zamieszkania w Kanadzie – z całą wdzięcznością za wszystko, co dobre – można dostrzec w tutejszym programowanym społeczeństwie ów „genotyp politycznego myślenia”, którego objawem dla nas – Polaków – była zdrada w Jałcie. Powiem więcej, oportunizm jest banałem zachowania człowieka bez kośćca, bez ugruntowanej mapy celów godnych i busoli aksjologicznej. Choćby sprawa pomnika ofiar komunizmu, który od lat miał być postawiony w Ottawie. Panią minister Mélanie Joly w rządzie Justina Trudeau, kierująca Departamentem Canadian Heritage [takie „klonowe” ministerstwo Piotra Glińskiego ], komentuje CBC, że jeśli chodzi o ofiary komunizmu, w zasadzie nie jest to kanadyjska sprawa (… because it dealt with a subject matter that was not essentially Canadian). Andrzej Kumor – redaktor kanadyjskiego „Gońca” – jest doskonałym tropicielem podobnych spraw. Andrzej zauważył, że takim wypadkiem przy pracy jest sytuacja, gdy jedna grupa społeczeństwa kanadyjskiego dyskredytuje inną grupę etniczną. Profesor Joan Sangster ekspert od gender study z Trent University w Peterborough kieruje Canadian Historical Association (Kanadyjskim Towarzystwem Historycznym – red.). Ms. Sangster w imieniu historyków kanadyjskich i innych badaczy napisała oficjalny list do premier Beaty Szydło. Peterborough w lokalnej kanadyjskiej skali odpowiada polskiemu Słupskowi, nie przeszkadza to jednak pani profesor uczestniczyć w życiu naukowym kontynentu amerykańskiego (Princeton and Duke Universities Invite Prof. Joan Sangster to be Visiting Scholar. Professor Sangster Becomes Latest Canada-U.S. Fulbright Scholar – red.). Profesor niepokoi się, że nowe polskie prawo piętnujące i przewiduje sankcje prawne za stosowanie sformułowań „polskie obozy śmierci”, „polskie obozy koncentracyjne” uniemożliwi badania historyczne. Prawdopodobnie pani profesor uznaje, że takie instytucje opresji miały miejsce w historii i funkcjonowały pod egidą polskiej państwowości. Takich profesorów dyletantów (z wyboru?) na Zachodzie jest wielu. Rozumiem, że jest to w element wojny informacyjnej skierowanej przeciw Polakom, wszystkiemu, co polskie.

Ale tu wkraczamy w zagadnienie szersze. Wychodzę z założenia, że jeśli my, Polacy, nie będziemy dbali o własne sprawy, to nikt za nas tego nie załatwi. Więc jeśli ktoś w Kanadzie, w Stanach takie rzeczy wygłaszał, to może sobie wygłaszać, bo tak uważa. Ale nie możemy na to pozwolić, że instytucje państwa pomagają mu w tym procederze. I powinno działać, przede wszystkim, środowisko polonijne. Gdziekolwiek, cokolwiek się na ten temat słyszy, powinna być zdecydowana reakcja. A takich reakcji nie ma i taka sytuacja wynika z pewnego asekuranctwa. Ludzie boją się albo o swoją pracę, albo o swoją karierę polityczną. Mieliśmy takie przypadki, że przyjeżdża do Kanady z Nowego Jorku grupa osób, podczepiona do środowiska żydowskiego, domagająca się poparcia dla „restytucji mienia” po ofiarach Holokaustu od Państwa Polskiego i spotyka się z przedstawicielami wszystkich partii politycznych w Kanadzie. Kanadyjski minister spraw zagranicznych mówi tak, tak, wydam polecenia wszystkim placówkom dyplomatycznym, aby o tym przypominać, itd. Wszystkie partie wspaniale to popierają, a środowisko polonijne milczy. Uważam, że w tym tkwi słabość naszego środowiska polonijnego.

– Czy to rzeczywiście nasz problem?

– Oczywiście że tak, to problem Polonii kanadyjskiej. Dlatego, że dzieje się to w Kanadzie, kraju którego jesteśmy obywatelami i podatnikami. Gdyby było to w Stanach, to Polonia amerykańska powinna reagować. I Polonia amerykańska to robi.

– Ale wcześniej nie było wsparcia ze strony rządu warszawskiego. Odnosiłem wrażenie, że grali do swojej bramki.

– Nie wchodziłbym tutaj w analizę działań rządu, choć niewątpliwie to jest również sprawa władz w Polsce. Według mnie, sprawa moralna i etyczna każdego z nas. Kiedykolwiek, gdziekolwiek źle mówi się o Polsce, to należy reagować. Wydaje mi się, że powinniśmy zdefiniować dość wyraźnie, czy naprawdę czujemy się „dziećmi Rzeczpospolitej”, czy tak sobie mówimy. Czy właściwie ta polskość dla nas jest taką „Cepelią” trochę – bigosu, pierożki, potańczyć z pawim piórem albo w kierpcach, polska kiełbasa na jakimś festiwalu w Mississaudze i będzie fajnie. Uważam, że nie, że powinniśmy brać przykład z ludzi mądrzejszych, lepiej zorganizowanych od nas i chronić, i reprezentować polską rację stanu. Niezależnie, czy ktoś czuje się Kanadyjczykiem polskiego pochodzenia, czy też Polakiem mieszkającym w Kanadzie, uważam, że ma taki sam obowiązek wobec miejsca swojego pochodzenia.

– Czy taka postawa ułatwia prowadzenie biznesu? Czy wizja historii 1050 lat państwowości polskiej jest pomocna w interesach? A może „story” o chłopku roztropku, który z walizką ląduje na lotnisku i po jakimś czasie staje się milionerem bardziej działa na wyobraźnię?

– Oddzieliłbym sprawy biznesu od spraw choćby patriotyzmu i pewnej moralności. Mój szef w Magnie często powtarzał: „biznes nie zna granic i biznes nie ma duszy i narodowości”.

– Stronach tak mówił?

– Tak choć ja uważam wprost przeciwnie. Biznes ma narodowość i biznes ma duszę. Mimo wszystko, robiąc biznes można dbać o interes Polski, a właściwie jej rację stanu. Nie ma alternatywy: albo – albo. Gdzieś equilibre trzeba znaleźć. Można robić biznes i być przyzwoitym Polakiem.

– Co to znaczy „przyzwoity Polak”?

To znaczy dbać wszędzie o interes Polski. Niezależnie od tego, gdzie się jest, co się robi.

– Twoje stanowisko przypomina mi Prawdy spod znaku Rodła. Pójdę tym tropem: dlaczego dbać o interes Polski?

– Wydaje mi się, że jeśli chcemy mieć jakiś kontakt z Polską, jeśli uznajemy, że jest ona gniazdem, z którego pochodzimy, że to jest kraj, w którym wzrośliśmy i nazywamy to miejsce „ojczyzną”, to w takim przypadku mamy jakieś obowiązki wobec tej „ojczyzny”. Dla mnie „ojczyzna” to jest tak, jak rodzina. Gdy mówi się źle o moim synu – czy też, mam nadzieję, syn słyszy, że o ojcu mówią źle – to mimo wszystko będzie reakcja. Czy się komuś to podoba, czy też nie. To są dwie rzeczy, o których wspomniałem na spotkaniu z Prezydentem RP: mieszkamy w Kanadzie, jesteśmy lojalnymi jej obywatelami, ale absolutnie nam nie przeszkadza być równie dobrymi Polakami. Wręcz przeciwnie, czasem nam to po prostu pomaga patrzeć szerzej na pewne problemy kanadyjskie i realizować się zarówno tutaj, ale mając ciągle w polu widzenia kwestie starego Kraju i jego mieszkańców. Może mówię trochę podniośle, ale tak myślę. I zdaję sobie sprawę, że wokół mnie jest grupa, z którą współpracowałem w rejonie Toronto, której członkowie myślą podobnie. Łączy nas przyjaźń i wspólny etos. Poza Toronto też mamy wielu politycznych przyjaciół. Wydaje się mi, że nie myślimy źle i należy ten kierunek działania kontynuować i wzmacniać.

– Czyli nasza duma, nasz honor pozostaje ważną kategorią w budowie tych więzów wspólnoty, więzów międzypokoleniowych?

– Nie nazwałbym tego „dumą”, bo komuś wyda się to pustym pojęciem. Dobrze czuć się, że za nami stoi dobre imię, dobra opinia. Ważne jest właśnie owo poczucie naszej tożsamości. Żebyśmy wiedzieli kim jesteśmy, żebyśmy pamiętali o tej ponad tysiącletniej historii, o naszej kulturze. Nie zapominajmy, że Stany Zjednoczone jako zorganizowana państwowość mają 240 lat, a Kanada dochodzi do 150 lat. Nasuwają się myśli o lekcjach demokracji, prawach obywateli, tolerancji, itd.

W cieniu tzw. tolerancji

– Swoją drogą skąd bierze tyle niechęci, gdy pojawia się przymiotnik „Polish”, czyli „polski”. Nie jest to miejsce do otwierania katalogu owych medialnych wybryków. Dwa przykłady przytoczyłem wcześniej. Czy nie ma sprawiedliwych w społeczeństwach Zachodu, którzy by powiedzieli: jak jest?

– To fenomen pewnej poprawności politycznej tych osób, które pracują w strukturach, na przykład, rządowych. A może mamy do czynienia z nadreakcją. Niepotrzebną, bo uważam, że niektórym ludziom prawdopodobnie włos z głowy by nie spadł, gdyby mówili co myślą. Niemniej obserwuje się, że pracujący w takich instytucjach nie chcą się angażować tam, gdzie światopogląd, czy poglądy „lekko polityczne” mogą być zdefiniowane.

– A przypadek z Maus, paszkwilancki komiks Arta Spiegelmana? Opowieść o Shoah – komiks – gdzie Polacy są pokazani jako zwierzęta: niekoszerne świnie? Przez wiele lat Polonia i Polacy milczeli na ten temat. Większość nie wiedziała o tym dziele literatury, które żyło gdzieś na marginesie popkultury. I w końcu na stronie Kongresu Polonii Kanadyjskiej, Okręg Toronto ukazało się opracowanie analityczne z przypisami źródłowymi, w którym najważniejszym sformułowaniem, które rzuca się w oczy jest: skalkulowana potwarz (a calculated insult). Jak wiesz, cytat wzięty jest z The Norton Anthology of American Literature – tam piszą ludzie poważni.

– Mnie się wydaje, że jest to również częściowo kwestia światopoglądu.

Wchodząc do lokalu pełnego rówieśników, wchodzisz jako „świnia”… I co, dobrze się czujesz z tym?

– Nie sądzę, by ktokolwiek dobrze się z tym czuł. Tylko wielu rodaków nie wie, że literatura czyni z nich ludzi niegodnych. Krytycy piszą, że ta obraza była zamierzona przez autora. Ale nawet ci, którzy wiedzą, to część z nich myśli – no tak, ale ja mogę narazić swój interes, który może być ważniejszy na tym polu mojej działalności kanadyjskiej. W związku z tym, przemilczę tę niesławę mego imienia.

Ludzi wychowuje się na Maus. To rasizm czystej wody i żeby dodać pikanterii komiks ten trafił w końcu do szkół. Patrząc na lokalne podwórko, zastanawiam się dlaczego Katolicki Wydział Oświaty w Toronto (Toronto Catholic District School Board) dopuścił do programu w swojej jurysdykcji coś takiego. Warto pomyśleć, że dziesiątki tysięcy polskich dzieci nagle zostają zabrane z ich szkół. Maus w edukacji? Pomyślmy sobie o szefie FBI, Jamesie Comey (studiował religię i chemię i obronił doktorat z prawa), pomyślmy sobie o wyobraźni prezydenta Stanów Zjednoczonych – profesorze Baracku Obamie (nauki polityczne i literatura angielska, prawo) którzy swoje wiedzą, że w Shoah Polacy byli narzędziem zbrodni. Możemy spytać naszych strategicznych partnerów, państwo Izrael, jego służby, ośrodki naukowe, czemu nie wyprostują skrzywionego hologramu narracji historycznej już nie tylko w Maus.

– Przy Kongresie Polonii Kanadyjskiej powołaliśmy instytucję, która wychwytuje takie karykaturalne obrazy. I to jest właśnie stanowisko, że nam zależy. Dziwię się, że ta Polonia, która przyjechała w ostatnich latach – wielu ludzi wyedukowanych: prawnicy, nauczyciele, lekarze, wychowawcy młodego pokolenia harcerzy, itd., że oni dotychczas nie widzieli problemu Maus. Nie reagowali wcześniej, dopiero wypłynęło to dwa-trzy-pięć lat temu. Wydaje mi się, że takich spraw jest więcej.

Ten komiks począł się ukazywać pod koniec lat siedemdziesiątych, a w 1992 otrzymał Nagrodę Pullitzera. Nazwano go nowatorskim i osiągnął pewien szczyt nasycenia ideologicznego – jako narzędzie propagandy antypolskiej – zawędrował do szkół.

– Przyznam się, że wcześniej też nie wiedziałem, że coś takiego funkcjonuje w kulturze popularnej Ameryki. Dopiero nasze dzieci powiedziały nam o tym. Tu urodzone, tu kształcone spotkały się wrogością rówieśników. Na swoją obronę mam, że głównie związany byłem ze środowiskiem inżynierskim. Mieliśmy zupełnie inne pole zainteresowań. Kiedy zacząłem działać w Toronto, to co najwyżej docierały do mnie jakieś informacje na ten temat od ludzi, którzy zajmowali się „obroną dobrego imienia” Polski. O całej złożoności problemu uświadomiłem sobie, kiedy sprawa stała się już głośna, a nasze dzieci począł dotykać pewien ostracyzm rówieśników po zajęciach w szkole, gdzie „studiowano” komiks Spiegelmana.

Maus niech istnieje, niech istnieje, podobnie jak cała literatura buduarów. Wszak zawsze literatura dla kucharek cieszyła się wzięciem. W końcu kodeks karny i cywilny reguluje relacje międzyludzkie. Ale wprowadzenie tej nieprawdziwej i obrażającej graficznej opowieści do szkół kontynentu amerykańskiego i chyba dalej, to już przesada. Tę lekturę włączono do kanonu w tzw. programie międzynarodowego bakalaratu – International Baccalaureate – inicjatywa edukacyjna, której patroni rezydują w Le Grand-Saconnex, w Szwajcarii. Ktoś doprowadził do włączenia tej książki do tego zestawu.

– Dokładnie, dokładnie. Właśnie o tym myślę. Dotykamy tutaj wielu problemów, a głównie sprawa zakłamania naszej historii, udziału Polaków w rozwoju cywilizacyjnym świata. Jak prześledzimy to czym od paru lat zajmuję się – zresztą parę prelekcji na ten temat już miałem – jest kwestią dość złożoną. Program nauczania w USA jeśli chodzi o II wojnę światową jest jednoznaczny, bo dla nich wojna zaczęła się w Pearl Harbour.

– Kanadyjskie podręczniki też patrzą na te wydarzenia historyczne podobnie. I nie należy się dziwić. Pytania rozpoczynają się, gdy do nauki historii zaczynają trafiać, nazwijmy to, „fakty publicystyczne”, „fakty prasowe”, zwykła „czarna propaganda”. To, że się o czymś nie mówi można zrozumieć, ale to, że mówi się nieprawdę zasługuje już na reakcję. Tym bardziej, że dopuszczają się tego wszystkiego instytucje utrzymywane z podatków obywateli, szkoły, muzea, na przykład.

– Widzę, że zmierzamy do tego samego. że praktycznie ta historia jest zakłamana od początku. Jest to być może konsekwencja Jałty. Polska i Polacy zostali zdradzeni. Wyrzucani z Wielkiej Brytanii Polacy, polscy żołnierze sił alianckich byli wdzięczni Kanadzie, że ich przyjęła po wojnie. Bo tak w rzeczywistości było, gdy ich wyrzucano z Wielkiej Brytanii, nie mogli wrócić wszak do Polski. Lądowali potem na dwa lata na różnych farmach, odpracowywali swoje. Wszyscy bez wyjątku.

– Przyjeżdżając tutaj jako zwycięzcy nad niemieckim faszyzmem, byli traktowani podobnie jak jeńcy wojenni. Co prawda wielu z nich przeskoczyło ową pułapkę „półniewolnika” i potrafiło się wyemancypować z naznaczonej niewykwalifikowanej taniej siły roboczej. Zostali inżynierami, prawnikami…

– Wielu z nich udało się, ale też wielu z nich pozostało na najniższych szczeblach drabiny społecznej. Kiedyś – do dzisiaj pamiętam tę rozmowę – jeden z nich ze łzami w oczach wspominał: walczyłem z Niemcami w Europie i przysłano mnie do Kanady, i los tak zrządził, że musiałem pracować u niemieckiego farmera. Mówił po niemiecku, zachowywał się po niemiecku, był butnym Niemcem. Po tych dwóch latach – mój rozmówca, zresztą ten człowiek już nie żyje – jak najszybciej postarał się o nową pracę. Został kreślarzem, wyrwał się z tego zaklętego kręgu „robót przymusowych”, później wykształcił się na inżyniera. Do czego zmierzałem, otóż tamta emigracja była pod presją silnej, pod przymusem, propozycji nie do odrzucenia. On czuli się upokorzeni i nie czuli się na siłach, by głośno artykułować sprzeciw wobec niesprawiedliwości i kłamstwu. Dlatego – to moje zdanie – to było powodem powstawania licznych organizacji polonijnych.

Obowiązki mamy polskie

– Ludzie pojawiający się przy sprawach polskich, takie odnoszę wrażenie, to najczęściej propaństwowcy. Nie ma mowy o partiach, wodzach, a jest mowa o niepodległym i bogatym kraju z którego zostaliśmy wyciśnięci przez bolszewickich fachowców od inżynierii społecznej.

– No tak, tutaj znowu wracamy na grunt, z którego wyszliśmy. Owa Rada Polonii Świata jest porozumieniem organizacji polonijnych. Rzeczywiście chciałem z niej zrobić, i dalej będę próbował, w pewnym sensie, głos sumienia Polonii. Głos polityczny Polonii. To nie może być kolejna cepeliada.

– A gdzie ten głos ma być słyszany?

– Jeśli chodzi o działanie tutaj na miejscu, to już jest sprawa lokalnych organizacji w danym kraju. To nie jest sprawa Rady Polonii Świata. Rada powinna zajmować się tym, co wspólne dla całej Polonii na świecie. W związku z tym najczęściej odnosi się to do spraw albo polskich albo spraw bezpieczeństwa Polski – szeroko rozumianej polskiej racji stanu. Przykłady tego, proszę bardzo, jeśli się mówi źle o Polsce w Niemczech, Stanach, czy w Kanadzie, to dwie, trzy organizacje krajowe występują i ustalają: słuchajcie musimy zająć jedno wspólne stanowisko Polaków na całym świecie w sprawie sformułowania „polskie obozy koncentracyjne”, czy „polskie SS”. To jest typowy przykład jak powinniśmy na to reagować. Uważam, że jeśli, to co się dzieje w Polsce, że opozycja wynosi pewne sprawy poza Polskę, na forum międzynarodowe, czy też krytykuje Rzeczpospolitą na nieprzychylnych dworach, to nie widzę powodu dla którego mielibyśmy głosić teorię, że nie możemy się wtrącać w sprawy polskie. Powinniśmy bronić interesów Polski, polskiej racji stanu. To nasz obowiązek.

– Uważam, że państwo polskie jest w tej chwili słabą instytucją. Sparaliżowane, szantażowane, nie mogące wyegzekwować żadnej poważnej decyzji bez krytyki, w gruncie rzeczy, nieprzyjaciół wewnętrznych i tych poza jego granicami. To taki pat, paraliż.

– Bo ma ręce związane. Na tym polega dramat dzisiejszej Rzeczypospolitej, że cokolwiek rządzący chcą zrobić, to okazuje się, że po 1989 r. jest tak duże usieciowienie na poszczególnych szczeblach władzy, że praktycznie wszytko należy zaczynać od opcji zerowej. Od zmian wojewodów, od zmian na szczeblach niższych samorządów i dalej. Żaden kierownik nie zaistnieje bez ekipy, która chciałaby z nim współpracować. Wracając do Rady Polonii, Rada jednym głosem wypowiedziała się w sprawie wzmocnienia wschodniej flanki NATO. Przed konferencją natowską wysłaliśmy rzeczowy list do sekretarza generalnego popierający polskie starania. I to jest moim zdaniem rola Rady Polonii Świata. Wtedy, kiedy Polska potrzebuje właśnie takiej pomocy, jako kraj, jako naród, to powinna działać.

– Czy rzeczywiście dwadzieścia milionów rodaków mieszkających poza granicami stoi wtedy za Rzeczpospolitą?

– Powiedziałbym, że to jest symboliczne oczywiście, bo wiele osób podważa taką koncepcję i trudno jakoś z tym dyskutować. To tak jakby spytać: czy Kongres Polonii Kanadyjskiej reprezentuje Polonię kanadyjską? No reprezentuje, bo to jest jedyna reprezentacja, ale czy tak naprawdę wszystkich? Oczywiście są zwolennicy, którzy mówią: wszystkich zorganizowanych, ale nie wszyscy są zorganizowani. Jeśli przyjmiemy, że w Kanadzie żyje przyznających się do polskości osiemset tysięcy czy milion ludzi, a w organizacjach polonijnych, no może jest dziesięć tysięcy osób, to możemy dyskutować, czy to jest reprezentacja, czy nie. Ja tu używam takich analogii podobnych do analogii partii rządzących zarówno w Kanadzie, jak i w Polsce. Poprzednio rządząca partia w Polsce liczyła według danych, które zdołałem znaleźć, czterdzieści kilka tysięcy, czyli w proporcjach do liczby ludności, to też mały procent, nawet nie jeden procent.

– Nie trzeba być członkiem partii aby utożsamiać się z pewnym ruchem.

– Dokładnie. Tu jest właśnie owa analogia kiedy mówimy o Kongresie Polonii czy zorganizowaniu Polonii. Niekoniecznie ta grupa, która ma dziesięć, piętnaście procent populacji ma prawo do reprezentowania. Ale, kiedy nie ma innej grupy, która jest zorganizowana, to ten Kongres jest reprezentacją. Może nie wszystkich, bo niektórzy mówią, że „ja niekoniecznie”. Podobnie, jak w Kanadzie z partią rządzącą, Liberałami. Nie jestem członkiem żadnej partii w Kanadzie, a jednak ktoś tutaj rządzi.

– To prawda, zawsze tam, jakieś sympatie mamy.

– Podobnie nawiązujemy do tych spraw w Polsce. W listopadzie 2016 r. w Warszawie odbyła się konferencja mająca w swej nazwie słowo Polonia. Pan z London, u nas w Ontario mówił, że Kongres Polonii Kanadyjskiej powinien reprezentować Polonię wobec rządu kanadyjskiego, ale nie czyni swoich powinności. Rada Polonii Świata, czym jest w ogóle ta Rada Polonii Świata – pytał? Szumna nazwa i nic – sam sobie odpowiadał. Pan nie kontaktował się z nami. Mimo gorzkich słów konkretnie w moim kierunku pan nie zatelefonował, nie napisał, nie przyjechał aby porozmawiać. Może i to jest szumna nazwa, ale to jest kontynuacja inicjatywy rodaków, czegoś, co powstało w 1978 r. kiedy to przedstawiciele kilkunastu zasadniczych krajów, gdzie mieszkają Polacy w znaczącej liczbie, spotkali się w Toronto i powiedzieli: słuchajcie – jako Polacy zamieszkali poza Polską będziemy od tej pory mówić jednym głosem. Tak więc ponownie od 2013 r. próbujemy kontynuować marzenia sprzed 35 lat. Właśnie tak odrodziła się nasza Rada. Czy to jest reprezentacja Polonii całego świata? Rozpatrując to w kategoriach, jak poprzednio wywodziłem mówiąc o organizacji Polonii w Kanadzie, to nie. Jednak spytam ponownie: czy nasza atomizacja w społecznościach kraju zamieszkania ma pozostawać tą barierą w werbalizowaniu naszego głosu jako głosu polskiej wspólnoty cywilizacyjnej? Czy jest alternatywa? Reguły są określone. Jest statut, jest wspólny cel. Ludzie są wybierani, to nie są samozwańcy. Jest jakaś reprezentacja i to już jest polityka. Działanie roztropne dla dobra wspólnego. Odbyło się kilka zjazdów. Odbywają się wybory, niezależnie od opowiadanych bzdur, że ktoś tam nominuje się sam, czy się wybiera sam. W Radzie Polonii Świata – organizacji parasolowej – jest na dzień dzisiejszy (grudzień 2016 r – red.) poselstwo trzydziestu trzech krajów. Klucz udziału jest taki, że z każdego kraju. z którego rodacy wyrazili chęć partycypowania w Radzie, jest po dwóch delegatów. Ponadto dla Stanów Zjednoczonych, Kanady i Niemiec wprowadzono poprawkę zwiększającą im ilość delegatów . Czynnikiem decydującym była liczebność populacji i dynamika tejże grupy jako inicjatorów całego przedsięwzięcia. W sumie w Radzie Polonii Świata uczestniczy 67 delegatów. Co chcemy załatwić? Przecież rozmawiamy o tym od ponad dwóch godzin.

– Bycie razem to wielka rzecz. Czeka nas więc długi marsz… Dziękuję za rozmowę.

  Waldemar J. Dąbrowski

Wywiad ukazał się w styczniowym wydaniu “Debaty”